wtorek, 10 sierpnia 2010

Doris Lessing - "Martha Quest"


"Martha Quest" to pierwszy tom serii "Dzieci przemocy" i zarazem moje drugie spotkanie z Doris Lessing. Spotkanie, dodam, bardzo udane.


Tytułowa bohaterka to młoda dziewczyna, mieszkająca z rodzicami na farmie w brytyjskiej kolonii gdzieś w Afryce. Martha dorasta obserwując otaczający ją rasizm i społeczną nierówność. Buntuje się także przeciw rodzicom - ojciec dziewczyny żyje wyłącznie wspomnieniami z I Wojny Światowej, a matka próbuje przelać na córkę własne, niespełnione marzenia i ambicje. Szukając własnej drogi Martha opuszcza rodzinny dom i przenosi się do miasta, gdzie podejmuje pracę w kancelarii adwokackiej. Samodzielne życie dziewczyny, w zamyśle oparte na samodoskonaleniu i robieniu kariery, sprowadza się jednak głównie do pasma nocnych potańcówek. Choć Martha buntuje się przeciw podłemu traktowaniu rdzennych mieszkańców kolonii, tak naprawdę nie ma odwagi głośno wyrażać swoich poglądów. Niby czasem coś przebąknie, ma się to jednak nijak do jej pełnych pasji i zapału przemyśleń.

Szukając swojego miejsca w życiu, Martha pozostaje bierną, pozbawioną jakiejś iskry osobą. Z jednej strony wyprowadza się od rodziców wbrew ich woli - czyli można przypuszczać, że ma silną osobowość. Z drugiej - wszystkie plany i ambicje, o których gorączkowo rozmyśla, przegrywają w konkurencji z atrakcyjnym życiem towarzyskim. Martha jest dla mnie osobą, która robi mnóstwo planów, ale żadnego nie realizuje. Zamierza robić karierę, ale z chodzenia do szkoły rezygnuje pod byle pretekstem, a kurs dla sekretarek, na który się zapisuje szybko przestaje ją interesować. Nawiązuje kontakt z grupą ludzi o podobnych na kwestie społeczne poglądach, ale nie idzie na kolejne spotkanie, bo ludzie wydają jej się nudni. W końcu wychodzi za mąż za mężczyznę, którego ani nie kocha, ani nie szanuje, a na samo małżeństwo nie ma najmniejszej ochoty. A wszystko to bez słowa sprzeciwu.

Dziewczyna, która stale rozmyśla o tym, że ludzie powinni być traktowani równo i sprawiedliwie, jednocześnie bez sprzeciwu żyje w świecie, w którym czarny może być tylko służącym lub kelnerem i zarabiać ułamek tego co biały, a Żyd to gorszy gatunek człowieka, z którym nie wypada się zadawać.


To "rozdwojenie" Marthy irytowało mnie przeokropnie. Do końca lektury nie traciłam nadziei, że ta młoda kobieta w końcu rzeczywiście wcieli swoje poglądy w życie i jakoś o nie zawalczy, że zrealizuje choć jeden ze swoich życiowych planów. Ale nic z tego. Z drugiej strony - czy nie tak właśnie zdarza nam się postępować? Czy nie bywa, że robimy krok ku wyznaczonemu celowi, a potem rezygnujemy z dalszej drogi? Przecież nieraz snujemy ambitne plany, które pochłaniają tyle energii, że nie wystarcza już siły na ich realizację.

Mimo wszystko jakoś nie zapałałam sympatią do bohaterki książki.


Ciekawy portret kobiecy to jedno, ale dla mnie najbardziej interesujące było w tej lekturze tło. Właśnie kwestie traktowania czarnych przez białych, niska pozycja społeczna Żydów, którzy zajmują w książce całkiem sporo miejsca. Lessing opisała świat, w którym rozpuszczony młodzian spędzający czas na balangach znaczy więcej niż ciężko pracujący Żyd. Świat, w którym "czarnucha" za gwałt na białej dziewczynie czeka śmierć. A jednocześnie białemu chłopakowi, który gwałci czarną dziewczynę, każe się tylko zapłacić grzywnę.

I to właśnie kwestie tej nierówności i rasizmu dotknęły mnie podczas lektury "Marthy Quest" najbardziej i dostarczyły najwięcej materiału do przemyśleń. Całkiem tak samo jak książki Coetzeego.

Warto przeczytać, choćby po to żeby spojrzeć na inną Afrykę.


piątek, 6 sierpnia 2010

Katarzyna Grochola - "Kryształowy Anioł"


Leżała ta książka na mojej półce chyba ponad rok i, cóż, mogła leżeć dalej...

Zacznę od tego, że nie jestem specjalną fanką tak zwanej babskiej literatury - z reguły oznacza to naiwne, ocierające się o grafomanię hitoryjki, które kompletnie nic nie wnoszą do mojego życia. Ale czasem jednak po takie książki sięgam choć naprawdę nie wiem dlaczego. Nie dla relaksu w każdym razie - zazwyczaj taka lektura po pierwsze mnie męczy, po drugie wywołuje zażenowanie, a po trzecie wstyd mi za autorki tak jakbym to ja sama spłodziła owe dzieła. Niestety jestem masochistką, a do tego nie mam w zwyczaju przerywać lektury w połowie, więc czytam i zgrzytam zębami.

Wcale nie uważam, że Katarzyna Grochola pisze fatalne książki, nie. Nie znam jej całego dorobku, ale coś tam czytałam i nie było najgorzej, a czasem nawet dość zabawnie. Nie jest to oczywiście wybitna literatura, ale chyba sama pani Grochola zdaje sobie z tego sprawę i chce po prostu pisać książki, które spodobają się jej czytelniczkom. No i się podobają, jeśli zerknąć na listy sprzedaży.


"Kryształowy anioł" to jednak rzecz okropna. Przykro mi, ale nie znajduję innego słowa na określenie tej powieści. Jej bohaterką jest Sara, młoda kobieta i tak zwana życiowa ofiara. Typowe popychadło rozstawiane po kątach przez wszystkich dookoła, zdradzane przez narzeczonego i przyjaciółkę, słowem - chodzące nieszczęście. Do tego owo nieszczęście ma jeszcze wadę wymowy, w związku z czym w ogóle w siebie nie wierzy i tak dalej. W końcu Sara wychodzi za mąż i przenosi się do Warszawy. Mąż pnie się po szczeblach kariery, ognisko domowe ledwo zipie, a Sara zaczyna pracę w lokalnej stacji radiowej. Oczywiście pracę w charakterze popychadła, czyli osoby od wszystkiego. Podczas nocnych dyżurów nasza mało przebojowa bohaterka zwierza się ze swoich zmartwień mikrofonowi (brzmi idiotycznie, wiem, ale nie ja to wymyśliłam...). Oczywiście mikrofon przypadkiem jest włączony, a rzecz idzie w eter. Oczywiście "audycja" Sary zyskuje ogromną popularność, choć sama dziewczyna nic o tym nie wie. Oczywiście na jej drodze wkrótce stanie wspaniały facet (bo małżeństwo, oczywiście, przeżywa kryzys). I tak dalej, i tak dalej. Bohaterka jest irytującą ciamciaramcią, fabuła tak wydumana, że nie byłam w stanie się w nią wciągnąć mimo szczerych chęci, a do tego całość nieudolnie napisana. Gdyby autorka nie pisała po polsku zwaliłabym winę na tłumacza, a tak - nie ma zmiłuj.


Spośród wszystkich książek Grocholi, które przeczytałam, ta jest zdecydowanie najgorsza. Nie wiem dlaczego pisarka wypuściła w świat coś takiego, bo stać ją na więcej. Może wydawca domagał się nowego hitu, może kredyt trzeba było spłacić, nie wiem. Wiem tylko, że te sześćset stron było drogą przez mękę. Dwa zmarnowane wieczory. Nie polecam.


wtorek, 3 sierpnia 2010

Sebastian Fitzek - "Terapia"


W kilku miejscach natknęłam się ostatnio na entuzjastyczne recenzje twórczości Sebastiana Fitzka, uznałam więc, że czas sprawdzić kto to taki i co pisze. Dodatkowym impulsem był fakt, że to literatura niemiecka, której właściwie nie znam.


"Terapia" to sprawnie skonstruowany thriller ze świetnie budowanym napięciem. Oto mamy sławnego psychiatrę, którego córka cierpi na tajemniczą chorobę. Diagnozy brak mimo przeprowadzenia licznych badań. Podczas wizyty u kolejnego lekarza dziewczynka znika, a lekarz twierdzi, że nie widział małej pacjentki od dłuższego czasu.

Ojciec dziewczynki załamuje się i zamyka praktykę. Mijają cztery lata, psychiatra wyjeżdża do domku na wypie na Morzu Północnym. Zamierza tam dojść do siebie i ostatecznie rozliczyć się z traumatycznymi przeżyciami. Wkrótce jego spokój zostaje zburzony - w domu psychiatry pojawia się tajemnicza, piękna kobieta, która utrzymuje, że została tam skierowana przez swojego lekarza. Kobieta jest pisarką cierpiącą na schizofrenię - twierdzi, że prześladuje ją mała dziewczynka, postać z jej książki. Narasta atmosfera grozy, a wyspa zostaje odcięta od świata przez szalejący sztorm. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy...

Kim naprawdę jest kobieta i czy mówi prawdę? Jak poradzi sobie nasz bohater?


Książka składa się z krótkich rozdziałów, a każdy kończy się tak, że koniecznie chce się sprawdzić co będzie dalej. Tym sposobem przeczytałam ją w ciągu jednego wieczoru:-)

Wprawdzie dość szybko wpadłam na rozwiązanie zagadki, a w każdym razie na jego większą część, ale i tak czytałam tę książkę z dużą przyjemnością.

Bardzo fajny thriller, polecam. A na półce mam jeszcze "Makabryczną grę" tego samego pisarza:)


niedziela, 1 sierpnia 2010

F. Scott Fitzgerald - "Wielki Gatsby"


Bardzo lubię literaturę amerykańską, co zresztą często podkreślam. Starając się nadrobić braki w jej znajomości, sięgnęłam po najsłynniejszą powieść Fitzgeralda - bo, o zgrozo, dotąd nie znałam dokonań tego pisarza. Od razu powiem, że bardzo mi się podobało.


Młody mężczyzna, Nick, po skończeniu studiów przyjeżdża "na wschód", gdzie postanawia spróbować sił w zawodzie maklera. Wynajmuje mały domek na przedmieściach Nowego Jorku, nawiązuje kontakt ze swoją kuzynką Daisy. Sąsiadem Nicka jest Jay Gatsby - mężczyzna mieszka w ogromnym choć niezbyt gustownym domu, przez który dniem i nocą przewalają się tabuny ludzi. Nieustające pasmo przyjęć, wspaniałe jedzenie, muzyka na żywo, znane aktorki i producenci filmowi, trzeba przyznać, że to robi wrażenie. Sam Gatsby na swoich przyjęciach pokazuje się rzadko, a większość jego gości nigdy z nim nawet nie rozmawiała. Mężczyzna jest głównym tematem towarzyskich rozmów i plotek, mówi się, że dorobił się na przemycie alkoholu, krążą też informacje, że ma na sumieniu morderstwo. Słowem - jest to bardzo tajemnicza postać, która w nowojorskim światku pojawiła się jakby znikąd, z wielkim majątkiem nieznanego pochodzenia. Nick, który niebawem zostaje zaproszony na jedno z przyjęć, jest oczywiście zafascynowany Gatsbym. Wkrótce mężczyzn połączy przyjaźń. Okaże się także, że Gatsby ma ukryty cel, a jest nim kuzynka Nicka. Daisy to bowiem dawna miłość Gatsbyego - pięć lat wcześniej ich pączkujący związek przerwało wcielenie mężczyzny do wojska. W tym czasie kobieta wyszła za mąż i urodziła dziecko, podczas gdy Gatsby wciąż żyje nadzieją, że odzyska ukochaną.

Zgromadzenie wielkiego majątku miało dla niego tylko jeden cel - zwabienie Daisy. Kobieta, której małżeństwo nie należy do udanych, nie odejdzie jednak od męża. Nie z przyzwoitości, o nie. Po prostu nie chce ryzykować utraty statusu materialnego w razie gdyby podejrzenia rzucane przez niektórych na Gatsbyego okazały się prawdą. Spotkanie po latach będzie początkiem końca mężczyzny, który - nawet ostatecznie odrzucony - zrobi wszystko by chronić swoją ukochaną.


Bardzo podobała mi się postać Gatsbyego, muszę przyznać. Bezwzględny w interesach (czego możemy się domyślać ze strzępów rozmów telefonicznych, które prowadzi) jest w gruncie rzeczy naiwnym, prostym człowiekiem, któremu wydaje się, że wszystko można kupić. Owładnięty wizją romantycznej miłości nie potrafi pogodzić się z porażką i do końca nie traci nadziei. Zupełnie natomiast nie rozumiem jego wyboru obiektu uczuć - Daisy to pusta, infantylna baba, dla której luksusowe życie jest tak ważne, że gotowa jest akceptować zdrady męża byle tylko było jej wygodnie. Wykorzysta naiwność i dobroć Gatsbyego, ostatecznie doprowadzając do jego upadku. A potem po prostu zniknie, nie mając pewnie nawet wyrzutów sumienia.


"Wielki Gatsby" niby nie jest książką szczególną. W warstwie fabularnej nie mówi nam niczego, czego byśmy już nie czytali - ot, romantyczna miłość, człowiek targany emocjami, zdrada. Sam Gatsby to ucieleśnienie amerykańskiego snu, czyli od pucybuta do milionera. Jest jednak w tej książce coś co spowodowało, że będę ją zaliczać do swoich ulubionych lektur, i chyba do końca sama nie wiem dlaczego.

Uwielbiam książki, przy lekturze których mam wrażenie jakbym oglądała film - i ta powieść taka jest. Bardzo plastyczne opisy Nowego Jorku, ale bardziej przez pryzmat ludzi niż samego miasta. Świetne dialogi. Atmosfera rozbawionego, żywego miasta - już po wojnie, jeszcze przed Wielkim Kryzysem.

Są książki, które po prostu należy znać i uważam, że "Wielky Gatsby" do nich należy. Moim zdaniem warto.


czwartek, 29 lipca 2010

Stosik


Postanowiłam zapoczątkować na tym blogu nową tradycję i od dziś będę wklejać zdjęcia swoich książkowych nabytków. Wrzucam je już wprawdzie na blipa, ale blog książkowy to chyba właściwsze miejsce.

Zazwyczaj zżera mnie zazdrość gdy oglądam zdjęcia Waszych stosików, zatem odbiję to sobie być może budząc zazdrość w kimś innym:-)

Stosik dzisiejszy, świeżo dostarczony przez pana listonosza - w całości upolowany na allegro, za łączną sumę 52 zł (z przesyłką, a jakże).

środa, 28 lipca 2010

Steve Sem - Sandberg - "Teresa"


Ulrike Meinhof była niemiecką dziennikarką o radykalnie lewicowych poglądach. W latach 70-tych porzuciła uporządkowane życie i związała się z niemieckim ugrupowaniem terrorystycznym RAF. Jego członkowie - w proteście przeciw amerykańskiej inwazji na Wietnam - wywołali serię pożarów w miejscach publicznych. Sprawców ujęto, a Meinhof relacjonowała w prasie przebieg procesu sądowego.

Tak poznała założycieli i czołowych działaczy RAF. Wkrótce zatarła się bezpieczna granica i z obserwatora dziennikarka stała się członkiem grupy.


"Teresa" to coś w rodzaju fabularyzowanej biografii. Choć nie do końca. Niewiele bowiem dowiemy się z niej o Meinhof sprzed RAFu. Co spowodowało, że dziennikarka, matka dwóch córek nagle przechodzi na drugą stronę barykady i zamiast pisać kolejne artykuły zaczyna podkładać bomby, napadać na banki i zabijać ludzi? Czy to bezsilność obudziła w niej przekonanie, że nie ma sensu wojować piórem, że niemieckie społeczeństwo przebudzi się tylko w reakcji na kolejne zamachy?

Moim zdaniem autor nie do końca poradził sobie z odpowiedziami na te pytania. Tak naprawdę po lekturze książki nadal nie wiem jaka logika doprowadziła Meinhof na skraj przepaści. Postać dziennikarki jest jakby rozmyta - niby czegoś się o niej dowiadujemy, ale nie budzi to w nas większych emocji. Ani nie polubiłam bohaterki, ani nie uznałam jej za potwora.


Książka przypomina trochę rozsypane puzzle. Fragmenty stenogramów z procesu, już po aresztowaniu głównych członków grupy, w tym Meinhof. Strzępy artykułów i autentycznych wypowiedzi dziennikarki. Gazetowe doniesienia o kolejnych działaniach RAF. A do tego przemyślenia samej bohaterki, a właściwie ich wyobrażenie powstałe w głowie autora. O dziwo taki miks nie tworzy wcale wielkiego bałaganu, całość czytało się dobrze.


Uważam jednak, że osoba nie znająca odpowiedniego fragmentu historii niewiele zrozumie z tej książki. Ja posiłkowałam się internetem - dopiero dzięki znalezionym tam materiałom zrozumiałam kontekst, w jakim Meinhof została osadzona przez rzeczywistość. U podstaw działań RAF, ale też poglądów dziennikarki jeszcze sprzed wstąpienia do organizacji leżał bunt. Bunt przeciw strukturom państwowym - najważniejsze stanowiska w Niemczech obsadzono urzędnikami, którzy jeszcze niedawno byli członkami nazistowskiej partii. A niemieckie społeczeństwo zdawało się nie widzieć w tym żadnego problemu.


"Teresa" przedstawia Meinhof trochę jako ofiarę, kobietę, która zrobiła jeden krok za dużo i tkwi w niefortunnej sytuacji, bo nie bardzo wie jak się z niej wycofać. Tymczasem w rozmaitych publikacjach, które znalazłam jest ona określana mianem współzałożycielki RAF, mózgiem grupy, jednym z jej kluczowych członków.

Dlatego chyba mimo wszystko potraktuję "Teresę" bardziej jak wariację na temat postaci Ulriki Meinhof niż rzetelną biografię.

Książkę polecam - jest naprawdę ciekawa i, przynajmniej tak było w moim przypadku, pozwala poznać mało znany kawałek historii.


wtorek, 27 lipca 2010

Josephine Hart - "Grzech"


Bardzo ciekawy portret kobiety opętanej nienawiścią, może nawet studium pewnego rodzaju obłędu.

Ruth wzrasta w dostatnim domu wypełnionym miłością. Od zawsze jednak towarzyszy jej zadra w postaci kuzynki, Elizabeth, która została osierocona i przygarnięta przez rodziców Ruth jeszcze przed jej narodzeniem. Początkowo zazdrość dziewczynki o względy rodziców przejawia się w złośliwych lecz niewinnych żartach, stopniowo jednak narasta, przekształcając się w palącą nienawiść. Kiedy kuzynki dorosną, Ruth przestanie zadowalać się wyobrażeniami cierpień zadawanych Elizabeth i zapragnie zadać jej prawdziwy ból. Wykorzystując swoją urodę i czar będzie uwodzić kolejnych mężczyzn Elizabeth. Prawdziwym ukoronowaniem jej planu zniszczenia kuzynki będzie nawiązanie romansu z jej mężem - przez lata Ruth syci się widokiem ciotecznej siostry, nieświadomej tego, że zdradzają ją dwie najbliższe osoby.


Przyznam, że nie całkiem zrozumiałam motywy kierujące Ruth. Rodzice traktują obie dziewczynki z taką samą czułością i miłością - zazdrość Ruth jest więc zupełnie pozbawiona racjonalnych przesłanek. Ale czy zazdrość w ogóle jest racjonalna?


Josephine Hart stworzyła fascynujący obraz kobiety żyjącej w dekoracjach - całe jej codzienne życie wydaje się pełnić funkcję przykrywki dla prawdziwych motywów. Ruth zakłada własną rodzinę tylko po to, by nikt nie podejrzewał, że tak naprawdę żyje życiem swojej kuzynki. Jedynym celem i sensem życia kobiety jest doprowadzenie Elizabeth do cierpienia i w konsekwencji zniszczenie jej.


Mam do pisarki lekkie pretensje o zbytnią jednowymiarowość głównych bohaterek - jedna jest w tak oczywisty sposób dobra, a druga zła, że nie jest to zbyt wiarygodne. Wolałabym jednak żeby postaci nie były tak jednoznacznie określone, byłoby ciekawiej i na pewno bliżej prawdziwego życia.

"Grzech" jest jednak dobrą, a nawet bardzo dobrą książką, którą warto przeczytać. Polecam.