niedziela, 19 lutego 2017

Justine Levy - "Zła córka"



Lubię Justine Levy za to, że tak przystępnie i lekko pisze o całkiem poważnych sprawach. Jej książki czyta się właściwie w jeden wieczór, ale bez poczucia, że oto obcowało się z czymś błahym. 

"Zła córka" to rzecz o niełatwej relacji dwóch kobiet. Podczas gdy starsza umiera na raka, jej córka odkrywa, że jest w ciąży. Louise targają silne emocje - choć wie, że powinna jak najwięcej czasu poświęcić matce, tak naprawdę interesuje ją tylko własny stan i to na nim chce się skupiać. Radość miesza się z przerażeniem, poczuciem winy i miłością do matki, która nigdy nie była ideałem. A potem dochodzi do tego niezwykle intensywnie przeżywana żałoba. 
Mnóstwo emocji w tej powieści, a bohaterka - choć jest rozpieszczoną, trochę infantylną egoistką, jednak budzi sympatię i współczucie.
Całkiem niezła książka.

piątek, 17 lutego 2017

Jojo Moyes - "Dziewczyna, którą kochałeś"



Najnowsza powieść Jojo Moyes różni się nieco od tych, które już czytałam. Akcja toczy się dwutorowo - na jednym planie mamy francuskie miasteczko podczas pierwszej wojny światowej i jedną z bohaterek, Sophie, a na drugim współczesny Londyn  i Liv, młodą wdowę po przejściach. Różne czasy, różne historie i wspólny mianownik w postaci pewnego obrazu. 
Ze wszystkich książek Moyes, które czytałam ta podoba mi się najmniej. Obie bohaterki mają wprawdzie smutne życiorysy, ale jakoś żadna nie budzi specjalnej sympatii. W historii Sophie wojna jest tylko mało przejmującym tłem, a większość problemów Liv sprawia wrażenie wydumanych. A już najmniej podobał mi się współczesny wątek damsko męski, który sprawia, że myślę o tej książce właściwie jak o zwykłym romansie. 
Nie mogę powiedzieć, że tak całkiem mi się nie podobało, ale gdybym od tej powieści zaczęła znajomość z autorką to raczej nie byłabym zainteresowana innymi jej dokonaniami.

wtorek, 7 lutego 2017

Hanya Yanagihara - "Małe życie"



Książka okrzyknięta w Ameryce i w Polsce wielką sensacją, a dla mnie literackie zaskoczenie. Po pierwszych stu stronach byłam lekko zirytowana - która to już powieść opisująca życiowe losy małej grupki związanych ze sobą ludzi? No nieźle napisane, fakt, ale gdzie ta sensacja? Po kolejnych dwustu czułam znudzenie - czy naprawdę Yanagihara zamierza wałkować w kółko jeden temat? A potem coś się stało. Bo nagle rozpisana na kilkadziesiąt lat historia czworga przyjaciół zaczęła mnie obchodzić. Przestał mnie wkurzać główny bohater, Jude, obdarzony przez autorkę życiem tak trudnym i bolesnym, że aż niewiarygodnym. Przymknęłam oko na naiwną czarnobiałość objawiającą się podejrzaną życiową równowagą - w "Małym życiu" cierpienia są ostatecznie wynagradzane miłością, a złe uczynki karane, jeśli nie przez ludzi to przez przewrotny los.
To nie jest książka doskonała, nie jest też wybitna, ale ma w sobie jakąś prawdę o ludziach i życiu. Tym co mnie w niej najbardziej poruszyło nie były wcale dramatyczne losy Jude'a, prawdę mówiąc one akurat zrobiły na mnie najmniejsze wrażenie. Relacje Jude'a z pozostałymi bohaterami, coraz głębsze więzi między nimi, wzajemna troska i skazane na porażkę poszukiwanie sensu życia. Odkrycie, do którego w którymś momencie wszyscy dorastamy - że czasem miłość to za mało. O tym pisze Yanagihara z zadumą i empatią, i to mnie do tej książki najbardziej przekonało. Warto było poświęcić jej kilka wieczorów. 
 

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Lars Saabye Christensen - "Jubel"


Moje trzecie zetknięcie z prozą Christensena, którego pokochałam szczerze po lekturze "Odpływu" i "Półbrata". I od razu zaskoczenie, bo od pierwszych stron widać, że to nie jest Christensen do jakiego przywykłam. Nieco mnie to wytrąciło z równowagi, ale gdy w końcu pogodziłam się z faktem, że to po prostu zupełnie inna książka, zaczęłam czytać z przyjemnością. 
Ta surrealistyczna w klimacie powieść to historia Jonatana Chwyta - zawodowego muzyka, który trafia do mroźnego, odciętego od świata miasteczka, by w pozbawionym gości hotelu grać do kotleta. Z pozycji przybysza z zewnątrz obserwuje zagadkowe relacje między mieszkańcami, połączonymi skomplikowaną siecią dziwactw, sekretów i trwających latami konfliktów. Chwyt szybko odkrywa, że nie tylko w sennej mieścinie próżno szukać kogoś, kto nie byłby częścią ciekawej opowieści, ale że i on sam, ze swoją dziwaczną przeszłością, doskonale wpisuje się w lokalny koloryt.

Christensen świetnie odmalowuje klimat maleńkiego miasteczka i zależności między jego mieszkańcami, całkiem udatnie konstruuje też postać głównego bohatera. To znacznie mniej poważna książka niż te, które już znam, ale na pewno nie jest to książka nieudana. Podobała mi się. 
 

wtorek, 20 grudnia 2016

Marek Raczkowski, Magda Żakowska - "Książka, którą napisałem żeby mieć na odwyk"



Druga część rozmowy dziennikarki Magdy Żakowskiej ze znanym rysownikiem. Choć książki dzieli niewiele czasu to mamy tu dwóch różnych Raczkowskich. Bo ten z pierwszej części był po prostu hedonistą pełną gębą, a ten z drugiej jest facetem po wylewie, który ledwie wywinął się śmierci i musiał diametralnie zmienić styl życia. Na szczęście nie zmienił światopoglądu i osobowości. 

O takich książkach mówię "literatura kibelkowa" i nie mam na myśli nic złego. Rozumiem ten zbiór jako książki, które można w dowolnej chwili odłożyć, zawiesić ich lekturę, poświęcić im pół dnia albo dwie minuty i nie trzeba się potem w nie od nowa "wciągać" - czyli wszelkiej maści wywiady, biografie, reportaże, literaturę popularnonaukową. 
Obie rozmowy z Raczkowskim świetnie wpisują się w ten nurt. Wolę chyba poprzedni tom, był jakby mniej wysilony. W tym czuć trochę desperackie poszukiwanie kontrowersyjnych tematów, co owocuje evergreenami w stylu aborcji, homoseksualizmu i księży, ale i tak sam wywiad ma sporo wdzięku i ogólnie rzecz jest całkiem interesująca. Plus mnóstwo świetnych rysunków. 


środa, 7 grudnia 2016

Patricia Highsmith - "Carol"


Napisana ponad sześćdziesiąt lat temu książka Patricii Highsmith pod wieloma względami wcale się nie zestarzała. Cóż bowiem bardziej ponadczasowego niż miłość?
Dziewiętnastoletnia Therese podejmuje tymczasową pracę w wielkim domu towarowym. Pewnego dnia poznaje klientkę - zamożną, piękną i elegancką Carol. I odkrywa, że chce ją poznawać, przebywać w jej towarzystwie, po prostu z nią być. 
Highsmith świetnie przedstawia swoje bohaterki. I dopiero wchodzącą w życie Therese, i dojrzałą Carol - świadomą swoich potrzeb żonę, a przede wszystkim matkę. Nie ma tu mocnych scen, a jednak relacja kobiet i rodzącego się między nimi uczucia wydaje się bardzo intensywna. 
Doskonale oddany klimat cukierkowych, dusznych lat pięćdziesiątych.

Miałam skojarzenia z "Samotnym mężczyzną" Isherwooda, choć właściwie nie wiem dlaczego. Tamta książka jest przecież o rozpaczy i stracie, podczas gdy "Carol" to hymn na cześć rodzącej się miłości. Chodzi chyba o pewną elegancję i atmosferę opowieści. W każdym razie trochę się w tej powieści zakochałam.
 

wtorek, 29 listopada 2016

Karl Ove Knausgard - "Moja walka" tom 3


W trzeciej części autobiograficznego cyklu Knausgard mierzy się z całym swoim dzieciństwem, a przede wszystkim z figurą ojca, który w dużym stopniu ukształtował osobowość autora. Pamiętamy go z pierwszego tomu jako żałosnego, znienawidzonego przez rodzinę żula, który zapił się na śmierć i który zostawił po sobie wyłącznie zasikany, lepiący się od brudu dom.
Teraz obraz staje się pełniejszy. Czasy, do których wraca Karl Ove Knausgard to najlepszy okres w życiu jego rodziców. Są młodym małżeństwem, budują rodzinę, mają dwóch synów, nowy dom, pracują. Knausgard senior to szanowany nauczyciel, w domu nie ma alkoholu ani awantur, małżeństwo rodziców, choć z czasem jakby pękające, wydaje się partnerskie i całkiem szczęśliwe. Tym trudniej zrozumieć jak to możliwe, że w tak udanej rodzinie dochodzi do sytuacji, w której synowie panicznie boją się ojca. Szczególnie młodszy Karl Ove jest wręcz sparaliżowany strachem. Ojciec jest tu przedstawiony jako odrażający typ czerpiący sadystyczną przyjemność z, głównie psychicznego, znęcania się nad dziećmi. 

Jest to zadziwiająco mocna lektura. Z jednej strony mamy tu opisy zupełnie zwyczajnego dzieciństwa jakie ja sama pamiętam - włóczenie się z kolegami po okolicy, pierwsze miłości, odkrywanie własnej seksualności, próby wywalczenia sobie jakiejś roli w grupie, drobne przewinienia, których potencjalne konsekwencje wydają się końcem świata. A z drugiej strony paniczny strach przed ojcem. Tak wielki, że nawet zgubiona na basenie skarpetka jest źródłem wielkiego stresu, bo z góry wiadomo, że konsekwencje takiego zaniedbania będą dotkliwe. 
Nie przepadam za książkami, które pokazują świat z punktu widzenia dziecka, może dlatego, że dzieci niezbyt mnie interesują, ale wspomnienia Knausgarda są naprawdę mocne. Jak to możliwe, że można żyć w domu, w którym nawet po szklankę soku nie wolno iść bez pozwolenia i jak to możliwe, że dobra, kochająca swoich synów matka nie tylko nie reaguje, ale wydaje się zupełnie nie dostrzegać domowej przemocy i atmosfery ciągłego terroru?

Można Knausgarda lubić albo nie, ale jedno trzeba przyznać. Jest świetny w opisywaniu przełomowych momentów życia, tych jego fragmentów, które determinują kim i jacy będziemy.