wtorek, 20 grudnia 2016

Marek Raczkowski, Magda Żakowska - "Książka, którą napisałem żeby mieć na odwyk"



Druga część rozmowy dziennikarki Magdy Żakowskiej ze znanym rysownikiem. Choć książki dzieli niewiele czasu to mamy tu dwóch różnych Raczkowskich. Bo ten z pierwszej części był po prostu hedonistą pełną gębą, a ten z drugiej jest facetem po wylewie, który ledwie wywinął się śmierci i musiał diametralnie zmienić styl życia. Na szczęście nie zmienił światopoglądu i osobowości. 

O takich książkach mówię "literatura kibelkowa" i nie mam na myśli nic złego. Rozumiem ten zbiór jako książki, które można w dowolnej chwili odłożyć, zawiesić ich lekturę, poświęcić im pół dnia albo dwie minuty i nie trzeba się potem w nie od nowa "wciągać" - czyli wszelkiej maści wywiady, biografie, reportaże, literaturę popularnonaukową. 
Obie rozmowy z Raczkowskim świetnie wpisują się w ten nurt. Wolę chyba poprzedni tom, był jakby mniej wysilony. W tym czuć trochę desperackie poszukiwanie kontrowersyjnych tematów, co owocuje evergreenami w stylu aborcji, homoseksualizmu i księży, ale i tak sam wywiad ma sporo wdzięku i ogólnie rzecz jest całkiem interesująca. Plus mnóstwo świetnych rysunków. 


środa, 7 grudnia 2016

Patricia Highsmith - "Carol"


Napisana ponad sześćdziesiąt lat temu książka Patricii Highsmith pod wieloma względami wcale się nie zestarzała. Cóż bowiem bardziej ponadczasowego niż miłość?
Dziewiętnastoletnia Therese podejmuje tymczasową pracę w wielkim domu towarowym. Pewnego dnia poznaje klientkę - zamożną, piękną i elegancką Carol. I odkrywa, że chce ją poznawać, przebywać w jej towarzystwie, po prostu z nią być. 
Highsmith świetnie przedstawia swoje bohaterki. I dopiero wchodzącą w życie Therese, i dojrzałą Carol - świadomą swoich potrzeb żonę, a przede wszystkim matkę. Nie ma tu mocnych scen, a jednak relacja kobiet i rodzącego się między nimi uczucia wydaje się bardzo intensywna. 
Doskonale oddany klimat cukierkowych, dusznych lat pięćdziesiątych.

Miałam skojarzenia z "Samotnym mężczyzną" Isherwooda, choć właściwie nie wiem dlaczego. Tamta książka jest przecież o rozpaczy i stracie, podczas gdy "Carol" to hymn na cześć rodzącej się miłości. Chodzi chyba o pewną elegancję i atmosferę opowieści. W każdym razie trochę się w tej powieści zakochałam.
 

wtorek, 29 listopada 2016

Karl Ove Knausgard - "Moja walka" tom 3


W trzeciej części autobiograficznego cyklu Knausgard mierzy się z całym swoim dzieciństwem, a przede wszystkim z figurą ojca, który w dużym stopniu ukształtował osobowość autora. Pamiętamy go z pierwszego tomu jako żałosnego, znienawidzonego przez rodzinę żula, który zapił się na śmierć i który zostawił po sobie wyłącznie zasikany, lepiący się od brudu dom.
Teraz obraz staje się pełniejszy. Czasy, do których wraca Karl Ove Knausgard to najlepszy okres w życiu jego rodziców. Są młodym małżeństwem, budują rodzinę, mają dwóch synów, nowy dom, pracują. Knausgard senior to szanowany nauczyciel, w domu nie ma alkoholu ani awantur, małżeństwo rodziców, choć z czasem jakby pękające, wydaje się partnerskie i całkiem szczęśliwe. Tym trudniej zrozumieć jak to możliwe, że w tak udanej rodzinie dochodzi do sytuacji, w której synowie panicznie boją się ojca. Szczególnie młodszy Karl Ove jest wręcz sparaliżowany strachem. Ojciec jest tu przedstawiony jako odrażający typ czerpiący sadystyczną przyjemność z, głównie psychicznego, znęcania się nad dziećmi. 

Jest to zadziwiająco mocna lektura. Z jednej strony mamy tu opisy zupełnie zwyczajnego dzieciństwa jakie ja sama pamiętam - włóczenie się z kolegami po okolicy, pierwsze miłości, odkrywanie własnej seksualności, próby wywalczenia sobie jakiejś roli w grupie, drobne przewinienia, których potencjalne konsekwencje wydają się końcem świata. A z drugiej strony paniczny strach przed ojcem. Tak wielki, że nawet zgubiona na basenie skarpetka jest źródłem wielkiego stresu, bo z góry wiadomo, że konsekwencje takiego zaniedbania będą dotkliwe. 
Nie przepadam za książkami, które pokazują świat z punktu widzenia dziecka, może dlatego, że dzieci niezbyt mnie interesują, ale wspomnienia Knausgarda są naprawdę mocne. Jak to możliwe, że można żyć w domu, w którym nawet po szklankę soku nie wolno iść bez pozwolenia i jak to możliwe, że dobra, kochająca swoich synów matka nie tylko nie reaguje, ale wydaje się zupełnie nie dostrzegać domowej przemocy i atmosfery ciągłego terroru?

Można Knausgarda lubić albo nie, ale jedno trzeba przyznać. Jest świetny w opisywaniu przełomowych momentów życia, tych jego fragmentów, które determinują kim i jacy będziemy.
 

czwartek, 24 listopada 2016

Zeruya Shalev - "Życie miłosne"


Choć książki Shalev są w Polsce od lat bardzo popularne to jakoś tak się złożyło, że dopiero teraz przeczytałam jedną z nich. I jestem zachwycona. 
"Życie miłosne" to przede wszystkim fantastyczny portret kobiety na niespodziewanym zakręcie, ale i fascynujące studium dynamiki rodzinnych więzi.
Robiąca naukową karierę Ja'ara, młoda mężatka, przypadkowo poznaje znajomego rodziców. W jednej chwili zmienia się całe jej życie. Niezwykle silna, zmysłowa fascynacja dojrzałym Ariem szybko przeradza się w miłosną obsesję, w obliczu której blednie wszystko wokół. Praca na uniwersytecie, rodzice, małżeństwo - wszystko to staje się zupełnie nieważne wobec niewytłumaczalnego szaleństwa, które ogarnia Ja'arę. 
Ale to nie jest historia romantycznej miłości. Arie traktuje kochankę przedmiotowo, obcesowo. Nie dąży do kolejnych spotkań, ma życie ulepione w zgodzie z własnymi pragnieniami, Ja'ara może w nim być tylko gościem, w dodatku gościem, którego los jest gospodarzowi zupełnie obojętny. 
Wspaniale opisuje Shalev swoją miotającą się bohaterkę. Ja'ara stopniowo porzuca wszystko na co składała się jej codzienność, choć wie, że niczego w zamian nie dostanie. 
Relacja z Ariem nie tylko każe jej zastanowić się nad sensem własnego życia i pozornie udanego małżeństwa, ale i zadawać pytania o przeszłość. Dlaczego matka Ja'ary tak bardzo nienawidzi Ariego i o co właściwie chodzi z tajemniczą chorobą ojca?
Niesamowite studium miłosnego uzależnienia, cudnie napisane (choć jeśli te długie zdania i brak dialogów są znakiem firmowym Shalev to rozumiem, że może być na dłuższą metę irytująca).
Zachwyt. 

wtorek, 22 listopada 2016

Diana Gabaldon - "Obca"


Jakiś czas temu trafiłam na serial "Outlander" i to on przywiódł mnie do książki Diany Gabaldon. Niekoniecznie powinna mi się spodobać, wydaje się, że skierowana jest raczej do wchodzących w dorosłość dziewczyn niż kobiet po trzydziestce, ale gdy tylko zapomniałam, że wolę ambitniejsze lektury - o dziwo okazało się, że bawię się całkiem nieźle. 

Bohaterką "Obcej" jest Claire, sanitariuszka wojenna, która w tajemniczy sposób przenosi się z roku 1945 do osiemnastowiecznej Szkocji. To oczywiście tylko początek jej przygód. W surowej rzeczywistości góralskich klanów, w świecie pozbawionym antybiotyków i codziennych udogodnień, zdezorientowana, tęskniąca za mężem i znanym sobie światem kobieta musi jak najszybciej odnaleźć swoje miejsce. Tylko co się stanie kiedy okaże się, że nowa rzeczywistość i ludzie, wśród których teraz żyje są jej tak samo drodzy jak to, co zostawiła? Czy uzbrojona w historyczną wiedzę Claire zdoła odwrócić bieg tragicznych wydarzeń? 
Spora część książki koncentruje się na uczuciowym życiu Claire. I choć opisom jej osiemnastowiecznej miłości z pociągającym Jamiem bliżej do tandetnego romansu niż dobrej literatury, to jednak jest to jakoś równoważone przez pozostałe elementy powieści i ogólnie całość wypada całkiem nieźle.

Jak dla mnie "Obca" idealnie wpisuje się w kategorię "wstydliwe przyjemności". Nie jest to ważna, duża literatura, ale całkiem przyjemny wypełniacz czasu. Jakiś czas temu miałam ochotę na coś takiego i sięgnęłam wtedy po cykl tudorowski Philippy Gregory - pierwszy tom był napisany tak fatalnie, że porzuciłam rzecz po kilkudziesięciu stronach. Na tym tle książka Gabaldon prezentuje się wręcz wybornie. Już sobie kupiłam drugi tom :)


poniedziałek, 14 listopada 2016

Jo Nesbo - "Karaluchy"


Ciągnie mnie ostatnio do kryminałów, więc zaległy Nesbo wreszcie się doczekał.
Zwłoki norweskiego ambasadora w podejrzanym motelu, wielkie pieniądze i powiązania z pedofilią, których norweski rząd bardzo nie chce nagłaśniać. A w tym wszystkim Harry Hole, obarczony swoją trudną przeszłością, skacowany, ale zdecydowany wyjaśnić sprawę, której korzenie sięgają dużo głębiej niż może się wydawać.

Bardzo mi się te "Karaluchy" podobały. Ze względu na fabułę też, ale przede wszystkim chyba dlatego, że akcja toczy się w Bangkoku - mieście, w którym zakochałam się rok temu. Nesbo przeniósł mnie właśnie tam, na hałaśliwe, zatłoczone ulice pełne skromniutkich stoisk z tanim, pysznym jedzeniem, w śmierdzące, ciemne zaułki wypełnione przeczuciem nadciągającego niebezpieczeństwa, na wielopasmowe, ruchliwe autostrady przecinające miasto, które rzeczywiście nigdy nie śpi. Aż zatęskniłam za Tajlandią, a za Bangkokiem szczególnie.
A przy okazji przypomniałam sobie jakim fajnym bohaterem jest Hole. Dobrze, że mam jeszcze na półce kilka książek Nesbo.
 

piątek, 11 listopada 2016

Eduardo Mendoza - "Tajemnica zaginionej ślicznotki"



Szalony fryzjer damski powraca! Jak zwykle przypadkiem i wbrew swojej woli zostaje wciągnięty w zagmatwaną sprawę morderstwa, na której rozwiązaniu zależy mu tym bardziej, że sam jest jedynym podejrzanym. Przemierzając mroczne i podejrzane zaułki Barcelony, bohater pakuje się w coraz bardziej niesamowite przygody, przy okazji nawiązując interesujące znajomości. 
Jest tu wszystko co charakterystyczne dla lekkiej prozy Mendozy - szybkie tempo, absurdalne poczucie humoru i galeria absolutnie odjechanych postaci. A wszystko okraszone złośliwymi, ale wyjątkowo celnymi obserwacjami na temat kondycji Hiszpanii.
Świetnie się bawiłam, polecam.


Joyce Carol Oates - "Niebieski ptak"


Najbardziej lubię książki, które przenoszą mnie gdzieś na zapyziałą prowincję, pozornie nudną, ale zawsze kryjącą jakieś smakowite, dramatyczne opowieści.
I tak jest w "Niebieskim ptaku". 
Historia brutalnego zabójstwa młodej kobiety jest tu tylko punktem wyjścia do opowieści o dorastaniu, lojalności, ciężarze nieudowodnionych podejrzeń i rozpadzie rodziny. 
Jedna zbrodnia, dwóch podejrzanych, żadnego skazanego. Ale prawdziwy wyrok wydaje nie sąd, a lokalna społeczność. Dla niej ojciec nastoletniej Kristy jest winny, był wszak przesłuchiwany przez policję, no i miał romans z ofiarą. 
Krista nie wierzy w winę ojca. Kocha go i jest wobec niego bezgranicznie lojalna. Ale nic nie może zrobić. Bezradnie obserwuje jak rozpada się jej rodzina, latami ogląda postępujący upadek ojca. 
Cierpi też Aaron, syn zamordowanej kobiety. Jego życie także się zmieniło i on też, jak Krista, nie wierzy w winę swojego ojca. 

To bardzo emocjonalna opowieść o jednym zdarzeniu, które wpłynie na całe życie osób mających z nim jakikolwiek związek. A poza wspaniałymi portretami psychologicznymi bohaterów mamy tu też świetnie nakreślony obraz małomiasteczkowej społeczności, z jej ciasnymi umysłami i skłonnością do wydawania kategorycznych, surowych osądów.
Taką Oates lubię najbardziej.
 

środa, 2 listopada 2016

Ursula K. Le Guin - "Czarnoksiężnik z Archipelagu"


"Ziemiomorze" Le Guin uchodzi za arcydzieło szeroko pojętej fantastyki. A ponieważ po pierwsze głupio nie znać arcydzieła, po drugie mam ostatnio apetyt na fantasy, a po trzecie całość wydano niedawno w jednym opasłym tomie - to kupiłam i zaczęłam czytać. 
Pierwsza część cyklu jest historią chłopca, który odkrywa w sobie magiczną moc. Sama moc to fajna sprawa, ale trzeba się jeszcze nauczyć czym jest i jak nad nią mądrze panować. W tym celu Ged wstępuje do szkoły dla czarnoksiężników, gdzie zdobywa przyjaciół, wroga, a przede wszystkim pilnie się uczy. Niestety pyszałkowaty charakter chłopaka ściąga na niego poważne kłopoty - trzeba uciekać przed przerażającym, złowrogim Cieniem. Przemierzając kolejne kilometry Ged zaczyna poznawać samego siebie i rozumieć, że jedynym ratunkiem może być nie ucieczka, a konfrontacja z Cieniem. 
Taka sobie fabuła, niespecjalnie oryginalna, przyznaję. Ale dobrze się czyta, szczególnie jak na coś co zostało napisane kilkadziesiąt lat temu, choć mnie akurat ta książka nie zachwyca. Jak na mój gust zdecydowanie za dużo w niej magii, przez co całość była zwyczajnie nudnawa. 
"Czarnoksiężnik" ma jednak spore walory edukacyjne, dużo tu materiału do rozmyślań nad pychą, głupotą, złem i konsekwencjami własnych uczynków. 

Mam tylko nadzieję, że kolejne części przygód Geda nie będą już tak bardzo skupione na czarnoksięskich mocach. I nadal marzy mi się fantasy, które przykuje mnie do fotela na długie godziny.
 

piątek, 14 października 2016

Cynthia D'Aprix Sweeney - "Gniazdo"



Lekka, sprawnie napisana, niegłupia przy tym powieść o pewnej amerykańskiej rodzinie, absolutnie przeciętnej w swym popapraniu. Rodzeństwo Plumbów to grupa dorosłych ludzi popełniających błędy i podejmujących głupie decyzje usprawiedliwiane przekonaniem, że jeśli coś nie wyjdzie to sprawę załatwią pieniądze z funduszu pozostawionego przez ojca rodziny, który to fundusz ma zostać odblokowany już wkrótce. 
Młodzi Plumbowie kupują zatem domy i prowadzą interesy, na które ich nie stać, bo gdzieś tam majaczy pewność finansowej poduszki bezpieczeństwa. Sprawa się komplikuje gdy Leo, ulubiony syn mało sympatycznej matki, uroczy utracjusz i egoista wpada w tarapaty, co powoduje, że jego rodzeństwo zamiast spodziewanych gór złota może liczyć co najwyżej na kasę na wakacje. 

Całość jest całkiem frapującym obrazem rodziny, w której każdy myśli wyłącznie o sobie. Trochę tu za dużo wątków i postaci, nie przywiązałam się do żadnego z bohaterów ani żadnego specjalnie nie polubiłam, ale ładnie to wszystko płynie, trochę filmowo. Zupełnie mnie nie dziwi, że książka stała się podstawą scenariusza serialu, to projekt, który ma szanse powodzenia. 
Jak na dobrą literaturę to trochę za dużo schematów, zbyt wyraźnie dąży to wszystko do bezkolizyjnego zakończenia. Ale jako coś na poprawę nastroju - bardzo tak. 
Dobry przykład na to, że literatura popularna nie musi boleć.
 

wtorek, 11 października 2016

Stephen King - "Znalezione nie kradzione"


Druga część kryminalnej trylogii Kinga, od razu wyznam, że podobała mi się dużo bardziej niż pierwsza. 
Po pierwsze dlatego, że akcja toczy się tu nieco szybciej, po drugie dlatego, że tym razem psychopatyczny sprawca zbrodni jest jakby bardziej przerażający, ale przede wszystkim dlatego, że ta książka to cichy hołd dla literatury. 
Zbrodnią jest tu zabójstwo znanego pisarza, dokonane w latach siedemdziesiątych przez wielbiciela jego twórczości. Morderstwo jest tylko efektem ubocznym, prawdziwym celem sprawcy jest bowiem kradzież notesów zawierających nieopublikowane dzieła Rothsteina. Morris Bellamy, morderca, szybko trafia za kratki (za zupełnie inne przestępstwo) i ma tam tkwić w nieskończoność, ale wychodzi po kilkudziesięciu latach i chce odzyskać ukryty przed aresztowaniem łup. Tyle tylko, że ten jest teraz własnością bystrego małolata, również wielbiciela prozy Rothsteina. Konfrontacja jest nieunikniona, a nastoletni Peter Saubers radzi sobie z nią całkiem nieźle, szczególnie od chwili gdy ma u boku znanego z "Pana Mercedesa" detektywa Hodgesa i dwójkę jego oryginalnych pomocników.
Dobrze się to czyta, muszę przyznać. Trochę się martwię, że ostatni tom zepsuje mi odbiór całości, bo widać, że King dąży już mocno w stronę jakichś metafizycznych i paranormalnych głupot zamiast rzetelnego kryminału, ale to nic. Mam już tę trzecią część na półce i na pewno wkrótce przeczytam. 
 

poniedziałek, 10 października 2016

Elizabeth Strout - "Mam na imię Lucy"


Skromnych rozmiarów powieść Elizabeth Strout doczekała się już mnóstwa świetnych recenzji. To jedna z tych książek pozornie bez żadnej akcji. Oto narratorka, spełniona matka i pisarka, wspomina czas gdy tajemnicza choroba unieruchamia ją na kilka tygodni w szpitalu. Wówczas niespodziewanie odwiedza ją matka. Relacje kobiet są trudne i skomplikowane, trudno je nazwać bliskimi. Ale ta kilkudniowa wizyta i rozmowy snute przy szpitalnym łóżku są szansą na naprawę wzajemnych stosunków.
Gdzieś poza wspomnieniami z przeszłości i ploteczkami o dawnych sąsiadach kryje się pamięć o strachu, braku poczucia bezpieczeństwa, niezaspokojony głód czułości i zwyczajny żal.
To przede wszystkim opowieść o oddaleniu. Dystansie, który raz zbudowany, nie będzie możliwy do przebycia już nigdy. To historia rodziców, którzy swoim chłodem naznaczają własne dzieci na zawsze i historia dzieci skazanych na poszukiwanie w sobie jakiegoś brakującego ogniwa.
Bardzo oszczędnie opowiedziana rzecz o trudnych relacjach. I niby wszystko mi się podobało tylko jakoś nic we mnie podczas tej lektury nie drgnęło, nie było we mnie nawet cienia emocji. Dlatego, choć doceniam tę powieść, po inne dokonania Elizabeth Strout jakoś nie mam ochoty sięgać. 

środa, 28 września 2016

Greg Baxter - "Lotnisko w Monachium"


Mieszkający w Londynie Amerykanin przyjeżdża do Niemiec w towarzystwie swojego ojca. Mają zidentyfikować i zabrać do kraju ciało Miriam, siostry narratora, która zagłodziła się na śmierć. Po kilku tygodniach spędzonych w Europie ojciec i syn wracają do domu, jednak z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych zostają uwięzieni na lotnisku. Tam główny bohater (kiedy to teraz piszę nie jestem pewna czy jego imię nie zostało w powieści wymienione, czy po prostu ja go nie zapamiętałam) tak naprawdę po raz pierwszy od dawna ma okazję zastanowić się nie tylko nad śmiercią Miriam, ale i nad własnym życiem. Fragmenty wspomnień przeplatane ze scenkami z lotniska tworzą swoiste puzzle opisujące życie mężczyzny i stosunki w rodzinie. Choć poszczególne elementy układanki są w porządku - ojciec jest spełnionym zawodowo historykiem, nieżyjąca matka spełniała się w macierzyństwie, główny bohater robi karierę w korporacji - to jednak coś spowodowało, że członkowie tej rodziny przez lata właściwie nie mieli ze sobą kontaktu, a Miriam postanowiła się zabić. 

To bardzo specyficzna książka. Każda relacja, każda potencjalnie silna więź jest tu spłaszczona, uproszczona. Uderza ogrom samotności i celowego wyalienowania bohaterów. Tu nikt nie szuka kontaktów z bliskimi. Dzieci nie podtrzymują kontaktu z ojcem, ojciec to akceptuje, rodzeństwo nie dba też o więzi między sobą. Spotkania Miriam z bratem są sporadyczne i wymuszone. Nawet gdy brat widzi, że z chorobliwie chudą Miriam najwyraźniej coś jest nie tak, nie porusza tematu. Problem przestaje dla niego istnieć gdy tylko spotkanie z siostrą dobiega końca. 
Chłodna, wyważona narracja jest taka jak życie bohaterów. Osobna, obok wszystkiego. Każdy tu wie, że w gruncie rzeczy jesteśmy skazani wyłącznie na siebie i tylko na siebie możemy liczyć. Widać to nie tylko w rodzinnych relacjach, ale i w związkach narratora z kobietami. 

Dość przygnębiająca, smutna, ale i piekielnie prawdziwa powieść. 

piątek, 16 września 2016

Selma Lønning Aarø - "Lewą ręką przez prawe ramię"



Często na pytanie o ulubionych pisarzy odpowiadam, że lubię literaturę skandynawską. Odtąd będę chyba dodawać, że nie mam na myśli książek takich jak ta. 
Jeden wypadek i trzy kobiety, na które on wpływa. Trzy perspektywy, trzy życiorysy, trzy mniej lub bardziej pokręcone osobowości. Co tu mogło pójść źle, brzmi wszak całkiem nieźle, prawda? A jednak. Problemem jest przesyt - na dwustu stronach autorka upchnęła tyle dramatów, że dałoby się z tego zrobić tasiemcową telenowelę. Czego tu nie ma! Straszliwe w skutkach wypadki, niechciane ciąże, poważne choroby, śmierci i romanse, a wszystko polane dobrze znanym sosem z samotności w tłumie, nieumiejętności komunikacji z najbliższymi i braku zrozumienia. 
Łatwo się to czyta, a autorka najwyraźniej potrafi pisać, przyznaję, ale to nie jest dobra książka. Ilekroć trafiam na takie dzieła zastanawiam się po co? Po co pisać i wydawać coś, co nie jest ani odkrywcze, ani interesujące, a wcześniej zostało już opowiedziane na sto sposobów, w dodatku lepiej, zabawniej i ciekawiej?
Ale nazwisko autorki zapamiętam, bo coś mi mówi, że ta kobieta ma talent, tylko z tą książką jej nie wyszło, po prostu. 
 

czwartek, 15 września 2016

Andrzej Saramonowicz - "Chłopcy"



Utrzymana w konwencji lekkiej, obyczajowej komedii powieść, która w istocie próbuje opowiedzieć o czymś całkiem serio. Czy z sukcesem - to już oceńcie sami, ja mam mieszane uczucia. 
Głównych bohaterów jest tu dwóch. Jakub, spełniony zawodowo lekarz po czterdziestce, którego życie osobiste jest w totalnej rozsypce oraz jego jedenastoletni syn Mateusz, bystre dziecko obserwujące chaos, w jaki przekształciło się życie po rozwodzie rodziców. Role w tej relacji są odwrócone - podczas gdy uwikłany w kilka erotycznych relacji naraz ojciec nie jest w stanie zapanować nad swoim życiem ani tym bardziej określić czego właściwie chce, syn wydaje się nad wiek dojrzały. Z dystansu obserwuje poczynania ojca, wyciągając z nich całkiem sensowne wnioski i celnie punktując co głupsze wyskoki.

Słabością "Chłopców" są dwie rzeczy. Pierwsza to stereotypowość tła rodem z nędznych, telewizyjnych filmów. Nikt tu nie ma problemów z pieniędzmi ani nie przeżywa poważnych załamań. Rozwiedzione żony są szczupłe i zadbane, rozwiedzeni mężowie bez problemu przenoszą się do wynajętych mieszkań, nikt nie przeżywa traum ani załamań, no może lekki smuteczek, nie więcej. Tabuny dojrzałych, lecz wciąż atrakcyjnych mamusiek nie mają innych zajęć niż odwożenie dzieci do szkoły i polowanie na atrakcyjnych rozwodników, z którymi następnie ochoczo uprawiają fenomenalny seks. No i dobra, tak sobie to autor wymyślił tworząc świat, w którym wszyscy należą do klasy mocno średniej, mieszkają w domach, a na każdą dorosłą osobę przypada jeden samochód, niech mu będzie. Niestety drugą słabością jest przeładowanie banałami. Tyle tu prawd objawionych, będących w istocie oklepanymi frazesami, rzeczami oczywistymi dla każdego, że to aż nieznośne. 

Przy tym wszystkim jest to dość przyjemna lektura rozrywkowa. Są sceny czy dialogi prawdziwie zabawne i w zasadzie "Chłopcy" są całkiem dobrym pomysłem na umilenie niezbyt udanego dnia. I tylko tak bym tę książkę traktowała. Jak odcinek kolorowego serialu z malowniczymi, lecz w gruncie rzeczy płaskimi i mało wiarygodnymi postaciami. Można obejrzeć, ale następnego dnia nic się już z tego nie pamięta.
Choć uczciwie przyznaję - z dwojga złego wolę Saramonowicza w roli pisarza niż twórcy filmowego. 

wtorek, 13 września 2016

Stephen King - "Pan Mercedes"



Pewien szaleniec skradzionym samochodem wjeżdża w tłum ludzi, pozbawiając życia kilka osób. Sprawca nie zostaje znaleziony. Ponieważ jednak jest psycholem, nie chce zostać zapomniany - w tym celu nawiązuje kontakt z emerytowanym detektywem, który z kolei za punkt honoru stawia sobie zidentyfikowanie mordercy. Los podsuwa mu dość specyficznych pomocników i razem tropią świra - najpierw spokojnie, z czasem, gdy staje się jasne, że ma on jeszcze coś w zanadrzu, coraz bardziej gorączkowo. O tym mniej więcej jest "Pan Mercedes".

Byłam niegdyś bardzo oddaną fanką Kinga. Miałam wtedy jakieś piętnaście lat i w osiedlowej bibliotece odkryłam jego książki, mocno wtedy przemawiały do mojej wyobraźni. 
W dorosłym życiu już mniej było mi z nim po drodze, może dlatego, że porzuciłam zainteresowanie horrorami, a z tym gatunkiem mi się King kojarzył. Od czasu do czasu sięgałam po którąś z jego książek, ale nie wpadałam po ich lekturze w zachwyt. Teraz też nie wpadłam, choć doceniam warsztat.
Kryminał, bo tym jest ta powieść, to dla Kinga nowy gatunek. Trudny do oswojenia tym bardziej, że autor ma słabość do długich fabuł. Niełatwo utrzymać napięcie przez sześćset stron, gdy w zasadzie od początku wiadomo kto jest mordercą. O dziwo, książka może nawet nie tyle trzyma w napięciu, co napisana jest tak, że chce się sprawdzić co będzie na następnej stronie i w efekcie te sześćset stron połyka się bardzo szybko. 

Świetny warsztat, to na pewno. Całkiem interesująca fabuła. Wolałabym gdyby autor nieco bardziej się streścił, historia Pana Mercedesa nie jest aż tak złożona żeby ją w nieskończoność rozwlekać. Powiem więc tak - jak na gatunkowy debiut to nie jest źle. Jak na kryminalny debiut doświadczonego pisarza - tak sobie.

piątek, 9 września 2016

Kate Morton - "Dom nad jeziorem"


Wygląda na to, że Kate Morton wypracowała sobie pewien powieściowy szablon i twardo się go trzyma. Przeszłość wymieszana z teraźniejszością, klimatyczny zamek albo przynajmniej solidny, spory dom otoczony hektarami malowniczych  lasów i pól plus jakaś wstrząsająca tajemnica i oto jest - gwarantowany sukces. 
Trochę się z pani Morton nabijam, owszem, ale w ogólnym rozrachunku nie wypada ona najgorzej. Pisze sprawnie, czytanie jej książek jest całkiem przyjemne, tyle tylko, że przewidywalność fabuły szybko staje się irytująca. Powiedzmy, że przeczytawszy trzy z jej powieści, nie mam już ochoty sięgać po kolejne.

"Dom nad jeziorem" przenosi nas do Kornwalii w 1933 roku. Podczas dużego przyjęcia znika mały synek gospodarzy i nigdy nie udaje się go odszukać. Siedemdziesiąt lat później bystra londyńska policjantka przyjeżdża w tę samą okolicę, by w domu ukochanego dziadka przeczekać burzę wywołaną jej nieprofesjonalnym zachowaniem w pracy. Przypadkiem trafia w lesie na piękny, opuszczony dom i postanawia odkryć, jaka jest jego historia. 
Cała akcja toczy się dwutorowo - na przemian śledzimy policjantkę Sadie i poznajemy historię rodziny Edevane, która niegdyś zamieszkiwała tytułowy dom nad jeziorem.
I wszystko fajnie mniej więcej do połowy książki, kiedy to (tradycyjnie u tej autorki) prawie już wiemy, że wstrząsające tajemnice są w gruncie rzeczy przeraźliwie banalne i ani trochę nie wstrząsające. A im bliżej końca, tym bardziej akcja przypomina mdłą telenowelę z finiszem ani zaskakującym, ani ciekawym. 
Ale. Powieści Kate Morton mają w sobie pewien urok. Pod warunkiem, że przeczyta się nie więcej niż dwie z nich.
 

wtorek, 30 sierpnia 2016

Jojo Moyes - "Kiedy odszedłeś"


Nie jestem fanką tak zwanej literatury kobiecej, ale dla Jojo Moyes robię wyjątek. Lubię bowiem jej sprawnie napisane historie. Nawet jeśli są przewidywalne to nie próbują udawać czegoś czym nie są, a Moyes nie usiłuje wmówić czytelnikowi jaki to z niej wytrawny znawca ludzkiej duszy i psychiki. Po prostu snuje swoją opowieść, a że robi to z wdziękiem i lekkością to efekt jest więcej niż zadowalający.

Lou Clark próbuje trwać po śmierci Willa (tę historię znacie już z "Zanim się pojawiłeś"). Dzięki pieniądzom, które dostała w spadku może żyć pełnią życia, tak jak obiecała ukochanemu. Ale okazuje się, że to nie takie proste.
Choć teraz kobieta może mieszkać gdzie tylko zapragnie, w gruncie rzeczy nic się nie zmienia. Nadal ma problemy z określeniem własnych potrzeb i pragnień, a dojmująca tęsknota za Willem zupełnie odbiera jej radość życia. Zamiast skupiać się na tu i teraz, Lou we wszystkim wypatruje śladów mężczyzny, którego dane jej było kochać zbyt krótko. Ląduje w kiepskiej pracy, wieczory spędza z butelką wina i nawet nie próbuje udawać, że jej pierwsze własne mieszkanie jest prawdziwym domem. 
Życie nabiera tempa gdy rodzice zmuszają Lou do uczestnictwa w grupie wsparcia dla osób w żałobie, a po drugie okazuje się, że Will zostawił po sobie coś bardzo namacalnego.

Jest coś wzruszającego w tej historii o radzeniu sobie ze stratą. Nawet jeśli sporo w tym naiwności i filmowych, mocno przewidywalnych scenariuszy to jednak czuć, że całość dotyka czegoś ważnego.
Miło się czytało.

środa, 24 sierpnia 2016

Neil Gaiman - "Amerykańscy bogowie"







Bardzo interesujący miks kryminału, fantasy, powieści drogi i odrobiny horroru. 
Po odsiedzeniu trzyletniego wyroku mężczyzna zwany Cieniem szykuje się do wyjścia na wolność. Okazuje się jednak, że jego ukochana żona zginęła w wypadku samochodowym i tak naprawdę nie ma do czego wracać. W tej sytuacji Cień decyduje się przyjąć ofertę pracy od przypadkowo poznanego, tajemniczego pana Wednesdaya. Podczas podróży po Stanach mężczyźni odwiedzają dziwnych znajomych mocodawcy Cienia. Pozornie są oni zwykłymi, starymi ludźmi, w rzeczywistości jednak to dawni, coraz bardziej zapomniani bogowie. 
Ponieważ ich życie zależy od tego na ile ludzie pielęgnują pamięć o nich, Wednesday dąży do krwawej konfrontacji z nowymi  bogami - mediów, internetu, narkotyków. Tylko kim tak naprawdę jest pan Wednesday i dlaczego wybrał do pomocy akurat Cienia?

To pierwsza książka Gaimana, którą przeczytałam, ale na pewno nie ostatnia. Była to bowiem świetna rozrywka. Mnóstwo humoru, zgrabny język, a przede wszystkim pokręcona, wciągająca fabuła. Za każdym razem gdy autor wyjaśnia skąd wzięło się w Ameryce kolejne z celtyckich, słowiańskich czy afrykańskich bóstw, czyni to w sposób nie tylko wiarygodny, ale przede wszystkim bardzo zajmujący.
Superowa książka, aż pożałowałam, że już tak długo nie czytałam fantastyki. 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Magdalena Parys - "Tunel"


Dość głośno ostatnio o Magdalenie Parys, jej książki zbierają dobre recenzje, a styl pisarki chwalony jest za świeżość. "Tunel" to moje pierwsze spotkanie z autorką i szczerze mówiąc nie wiem, mimo tych wszystkich zachwytów, czy będą kolejne. 
Sama historia jest interesująca - podzielony murem Berlin, dwóch różniących się od siebie braci, beznadziejnie zakochana w jednym z nich kobieta i kopany nielegalnie tunel, mający połączyć dwa światy i umożliwić ucieczkę do tego lepszego. Kilkoro bohaterów opowiada tę samą historię z własnej perspektywy, właściwie są to ich osobiste historie z tunelem w tle, a wszystkie narracje zbiegają się jakoś tworząc pełniejszy obraz i konkretnego czasu oraz miejsca, i uwięzionych w nim ludzi. Rzeczywiście jest to dobrze napisane (choć nie powiedziałabym, że świetnie, a i tej zachwalanej wszędzie świeżości nie zauważyłam), ale jakoś zupełnie mnie nie porwało. Chyba wolałabym żeby "Tunel" do końca był tym, na co się zapowiadał - powieścią psychologiczną, zamiast skręcać w którymś momencie w stronę kryminału, co niekoniecznie wychodzi mu na dobre. Niezła rzecz, powiedziałabym gdyby ktoś mnie zapytał, ale raczej nie przyszłoby mi do głowy polecać tę książkę komukolwiek. 
Nawiasem mówiąc, wydawnictwo Świat Książki znów mnie nie zawiodło, puszczając do druku coś z kilkoma spektakularnymi błędami, naprawdę mogliby wreszcie zainwestować w dobrych redaktorów i korektę. Za to okładka bardzo ładna.


piątek, 12 sierpnia 2016

Cormac McCarthy - "To nie jest kraj dla starych ludzi"



McCarthy to mój literacki numer jeden. Pisze fenomenalnie, zawierając maksimum treści w minimalnej ilości słów i już za to tylko mogłabym go kochać, gdyby nie to, że ta minimalna ilość słów jest tak bardzo w punkt. I dlatego "kocham" nie wyczerpuje mojego stosunku doń, nie - ja go po prostu wielbię.

Ta książka to w zasadzie gotowy scenariusz filmowy, nie dziwi więc jej świetna ekranizacja. 
Gdzieś na amerykańsko - meksykańskiej granicy Llewelyn Moss, podczas polowania na antylopy, znajduje kilka ciał, samochód wyładowany heroiną i walizkę z dwoma milionami dolarów. Zabiera pieniądze, choć doskonale wie, że od tej pory jego życie będzie ciągłą ucieczką. 
I tak właśnie się staje. Moss, ścigany przez przerażającego Antona Chigurha, melduje się w kolejnych motelach, opuszczając je zanim jeszcze zdoła dobrze przyjrzeć się wzorom na zasłonach. Ścigającemu go Chigurhowi nie chodzi o pieniądze i przez to właśnie jest tak przerażający. Moss jest od początku skazany na śmierć, nie wykpi się od niej paczkami banknotów, bowiem Chigurh nie jest zwyczajnym mordercą. Nie interesuje go odzyskanie własności mocodawców, jest raczej czymś na kształt ręki Losu. Kimś, kto pilnuje, by czyny na pewno miały swoje konsekwencje. Kimś, kto gotów jest dać swojej ofierze szansę - rzucając monetą i w ten sposób decydując o jej przeżyciu (lub nie). 
Ludzie są mali, a ich kruchość bezdyskusyjna. Życie kończy się znienacka i nie ma w tym nic wzniosłego ani uduchowionego. 
Nie ma tu prostego podziału na dobrych i złych, Moss tak samo jak Chigurh wydaje się mieć więcej niż jeden wymiar. Jedynie szeryf Bell niesie jakąś nadzieję. Prosty człowiek z prostymi zasadami, jasne wartości, chęć czynienia dobra. Szeryf to najczystsza z postaci w tej powieści, człowiek, dla którego pojęcia takie jak honor, sprawiedliwość, uczciwość faktycznie mają znaczenie. 

Co więcej napisać. Świetnie opowiedziana historia człowieka postawionego w niecodziennej sytuacji. I, jak to u McCarthy'ego, opowieść o Złu. Które, jak zwykle u niego, wcale nie jest jednoznacznie warte potępienia.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Maria Nurowska - "Bohaterowie są zmęczeni"


Całkiem niezła książka o bardzo ciekawej historii dwóch braci - Leona i Ludwika Niemczyków. Od zawsze rywalizujących ze sobą, choćby o względy matki, ale jednak jakoś sobie bliskich. Wspólnie uczestniczyli w Powstaniu Warszawskim, choć to Ludwik był bardziej zaangażowany, a na pewno więcej znaczył. 
Po wojnie Ludwik zajął się przerzutem ludzi na Zachód. W jednej z takich ucieczek brał udział Leon. Tym razem poszło źle i obaj zostali aresztowani. Nigdy więcej się nie spotkali.
Ludwik spędził kilka ciężkich lat w ubeckim więzieniu, Leon wyszedł na wolność po paru dniach. Został aktorem - zagrał kilkaset świetnych ról, był mistrzem zapadających w pamięć epizodów, choć tak naprawdę nigdy nie został przez polskie kino dostatecznie wykorzystany i doceniony. Do tego pełen uroku kobieciarz i gawędziarz obdarzony sporą fantazją, trudno dociec, która z opowiadanych przez niego wersji własnego życia była tą najprawdziwszą.

Obaj bracia opowiadają o tych samych wydarzeniach, ich wersje różnią się jednak od siebie. Najciekawsze w tej historii jest nagłe zerwanie wszelkich kontaktów między mężczyznami. Poczucie zdrady i doznanej krzywdy było w obu tak silne, że na zawsze przekreśliło ich relacje. A przy tym żaden z nich nie próbował dociekać prawdy, przez całe życie obwiniali się nawzajem tak naprawdę mając w zasięgu ręki dowody, które mogły doprowadzić do pojednania.
Interesująca, choć gorzka historia. Tym ciekawsza, że prawdziwa. I że jeden z jej bohaterów to powszechnie znana postać. Ta opowieść zmusza do refleksji.


wtorek, 2 sierpnia 2016

Jeffrey Eugenides - "Intryga małżeńska"



Klasyczna historia miłosnego trójkąta plus lata osiemdziesiąte, plus dojrzewanie do prawdziwego życia, plus uczelniane tło. No nie jest to specjalnie porywające, ale ja lubię takie powieści, wycinki z jakiegoś okresu życia kilku osób i obserwowanie co się w tym czasie wydarzy, jak się zmienią (albo nie). 
Mitchell, wrażliwiec i intelektualista,  kocha się w zgłębiającej zawiłości wiktoriańskiej literatury Madeleine, która z kolei interesuje się wyłącznie cierpiącym na chorobę dwubiegunową Leonardem. Każdy z bohaterów próbuje odnaleźć się w gąszczu własnych uczuć i ze względnym powodzeniem wejść w  dorosłość.
Wyjeżdżają do Indii, próbują pracy naukowca, decydują się na małżeństwo. Dokonują świadomych wyborów albo po prostu chcą tkwić w tym, co znane. 

Nic wielkiego i nie zachwyca, ale czytałam z przyjemnością.
 

środa, 27 lipca 2016

Robert Galbraith - "Żniwa zła"


Trzecia odsłona przygód detektywa Cormorana Strike'a i jego ambitnej asystentki Robin. Owszem, tak samo udana jak poprzednie dwie. 
Przyznaję - ukrywająca się pod męskim pseudonimem J.K. Rowling pisze naprawdę dobrze. Harry Potter? Był znośny, ale to Cormoran Strike skradł moje serce. Może dlatego, że gustuję raczej w popapranych emocjonalnie czterdziestolatkach z przeszłością niż w nastoletnich czarodziejach. A może dlatego, że to po prostu naprawdę dobry cykl - z klimatem, dobrymi dialogami, budzącymi emocje postaciami i do tego spełniający wszystkie normy gatunku. 

Tym razem Strike musi rozwiązać sprawę seryjnego zabójcy kobiet, a rzecz jest o tyle skomplikowana, że ma wymiar osobisty. Wszystko wskazuje na to, że mordercą jest ktoś kto zna detektywa i za wszelką cenę chce go ośmieszyć i zniszczyć. W dodatku zabójca zagraża też Robin, a tak się składa, że jej los coraz bardziej obchodzi Cormorana...

Rozrywka, no jasne. Ale na poziomie i ze świetnym klimatem. Ta lektura na pewno nie jest stratą czasu.
 

czwartek, 21 lipca 2016

Angelika Kuźniak - "Stryjeńska. Diabli nadali"


Cóż za porywająca biografia!
Przyznaję, że przed szumem wokół tej książki nie wiedziałam o Zofii Stryjeńskiej nic. Owszem, znałam jej prace lecz niekoniecznie kojarzyłam je z nazwiskiem, a już na pewno nie byłam świadoma tego kim była ich autorka.
Tymczasem artystka, której lata świetności wypadły w dwudziestoleciu międzywojennym, zdecydowanie wyprzedzała swoją epokę. A już na pewno miała życiorys, który w zasadzie jest gotowym scenariuszem filmowym.
Była ładna, może nawet piękna. Niepokorna. Na przyjęciach przewracała talerz z zupą do góry dnem żeby sprawdzić skąd jest porcelana. Albo wracała do domu z gołym tyłkiem - w ferworze imprezy nie zauważyła, że tył jej sukni spłonął od iskry z kominka.
Już jako nastolatka wiedziała, że chce być malarką i po prostu nie było innej opcji. Na zagraniczną uczelnię dostała się jako chłopak, to była wówczas jedyna szansa żeby mogła studiować sztuki piękne. Musiała się stamtąd, z pomocą matki, salwować ucieczką gdy inni studenci zwęszyli, że coś jest nie tak.
Szaleńczo kochała swojego pierwszego męża i była o niego dziko zazdrosna. Miała troje dzieci, które kochała, ale właściwie się nimi nie zajmowała. Liczyła się Sztuka.

Po wojnie popadła w zapomnienie. Żyła często na skraju nędzy, bez stałego adresu, tułając się od hotelu do hotelu. Wydaje się, że najbardziej stałymi z jej dochodów były przekazy pieniężne od dzieci. Pod koniec życia sypiała w zamkniętej na klucz łazience, w wannie - bała się duchów.
Poza pełnymi barw i życia pracami, zostawiła po sobie zapiski. Są wśród nich takie perełki:
"Wyczuchrałam się z betów. Nigdzie nie można wyjść na wierzch, psiakref, deszcz leje wodospadem",
"Kto wie czy mnie jeszcze Nowy Jork nie czeka - trzecią klasą pod pokładem z siedmiodniowym rzygando" ,
"Potwornie jestem skapcaniała. Sypię do łóżka". 

Musiała być fascynująca, i na pewno niełatwa. 
Świetna książka.

Lars Saabye Christensen - "Półbrat"


Od dnia zakończenia drugiej wojny światowej do względnej współczesności, na tak rozłożystym tle maluje Christensen losy Barnuma i jego rodziny.
Dwóch braci. Półbraci. Mają tę samą matkę, ale ojcem starszego jest anonimowy gwałciciel. Chłopców różni wszystko - gdy pierwszy jest dyslektycznym, zamkniętym w sobie zabijaką, drugi to obdarzona bogatą wyobraźnią, nadwrażliwa ofiara ataków szkolnych kolegów.
Wzrastają w domu zdominowanym przez kobiety - ojciec Barnuma, młodszego z braci, pojawia się i znika, a jedynym co chłopiec od niego "dostaje" jest wyjątkowo niski wzrost. 

Napisany przepięknym językiem "Półbrat" jest głęboko poruszającą historią rodziny, która mimo wspólnoty doświadczeń nie potrafi się ze sobą porozumieć. Każdy tu nosi w sobie jakieś pęknięcie - tęsknotę za tym co bezpowrotnie przepadło, fizyczną ułomność, traumatyczne przeżycia. I każdy w jakimś sensie żyje przeszłością. 
Mimo że na wszystko patrzymy z perspektywy Barnuma to drugim, choć cichym bohaterem tej powieści jest Fred. To on przez całe dzieciństwo i młodość jest dla chłopca najważniejszym punktem odniesienia i jedynym prawdziwym autorytetem. Więź łącząca braci pozornie jest płytka i chłodna, w ostatecznym rozrachunku okazuje się jednak najważniejszą relacją w życiu Barnuma.

Christensen dokonał nie lada sztuki. Nie tylko napisał piękną, mądrą, poruszającą powieść, ale jeszcze wypełnił ją postaciami, z których każda jest jakaś, nawet jeśli tylko przewija się gdzieś na trzecim planie. 
Wspaniała książka, jedna z tych, które zostają w człowieku na zawsze.
 

poniedziałek, 4 lipca 2016

Eleanor Catton - "Próba"







Obiecałam sobie jakiś czas temu, że porzucę zwyczaj czytania książek do końca nawet, gdy mi się nie podobają, ale okazuje się to trudnym wyzwaniem. Zawsze bowiem mam nadzieję, że jeszcze jedna strona, dziesięć, dwadzieścia stron i na pewno coś zaskoczy. Więc brnę. Często faktycznie zaskakuje. Czasem nie. Tak jak w przypadku "Próby".
Ileż to ja się naczytałam o tym fantastycznym eksperymencie literackim, który miesza czasy i miejsca i wymaga podobno pewnego wyrobienia, by go w pełni rozszyfrować.

No cóż. Albo za słaba jestem i nie doceniłam materii, albo ktoś tu za bardzo pojechał z promocją książki. Ponieważ moim zdaniem "Próba" jest tylko jedną z wielu powieści o dojrzewaniu i seksualnej inicjacji, i może jeszcze trochę o sztuce. 
Sama fabuła jest nieprzesadnie porywająca - w pewnej szkole uczennica wdaje się w romans w nauczycielem, a w drugiej szkole postanawia się wystawić sztukę opartą na tym wydarzeniu.
A i opisywana historia, i portrety bohaterów, i dialogi nawet dalekie są od odkrywczości, więc całość jest po prostu nieznośnie nudna.
Absolutnie nie podzielam zachwytów tą powieścią.
 

piątek, 24 czerwca 2016

Graham Masterton - "Uznani za zmarłych"



Katastrofalna chała. 
Nie wiem co mną kierowało kiedy kupowałam tę książkę, chyba sentyment do autora. Mając naście lat, zaczytywałam się w jego horrorach i nawet uznawałam je za udane. Okazuje się jednak, że Masterton nie pisze już horrorów tylko wziął się za powieść sensacyjną - z miernym skutkiem, niestety.
Nie ma się nad czym rozwodzić, wszystko w tej książce jest złe albo, w najlepszym razie, nijakie. Od intrygi przez pseudo portrety psychologiczne, po drętwe, drewniane dialogi. 
Do zapomnienia.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Julia Fiedorczuk - "Nieważkość"


Bardzo kameralna i mocno poruszająca powieść. Trzy kobiety - Zuzanna, Ewa i Helena. Znały się przez kilka lat w dzieciństwie, potem ich drogi się rozeszły.
Każda jest inna, każda nieszczęśliwa. Jedna jest kobietą sukcesu, druga bezdomną alkoholiczką, trzecia ciężko pracującą sprzątaczką, którą przy zdrowych zmysłach trzyma tylko odhaczanie kolejnych punktów na liście codziennych zadań do wykonania.
Ale to nie jest banalna opowieść o babskiej przyjaźni. Raczej szarpiące duszę portrety kobiet w jakimś sensie zniewolonych przez przeszłość i przez to niezdolnych do zakotwiczenia w teraźniejszości. Doznana w dzieciństwie krzywda, zawód miłosny, mniej lub bardziej uzasadnione poczucie winy, wszystko to powoduje, że bohaterki Fiedorczuk nie potrafią dobrze poczuć się ze sobą, cieszyć się życiem. 
Powieść jest napisana pięknym, poetyckim językiem. Nie ma tu linearnej akcji, zmienia się narracja, teraźniejszość przeplata się ze wspomnieniami przeszłości pojawiającymi się w głowach bohaterek nagle, pod wpływem jakiegoś impulsu. 
Całość jest niezwykle poruszająca i jakoś tak głęboko dotykającą czytelnika. Cieszę się, że trafiłam na tę książkę, jest piękna.
 

czwartek, 16 czerwca 2016

Krystyna Janda, Katarzyna Montgomery - "Pani zyskuje przy bliższym poznaniu"


Krystyna Janda, kobieta - instytucja. Moja najulubieńsza polska aktorka. Piękny, mądry, piekielnie pracowity człowiek. Lubię i podziwiam każde z jej wcieleń - aktorki, reżyserki, dyrektorki teatru, autorki felietonów. Podoba mi się jej spojrzenie na świat, zdolność do wyłapywania i opisywania absurdów codzienności, małych śmiesznostek i zwykłego życia. 

Ta książka to zapis rozmów Katarzyny Montgomery z Krystyną Jandą, odbywających się na przestrzeni lat, w różnych momentach życia zawodowego i prywatnego aktorki. Oprócz tych rozmów są tu też recenzje jej ról z rozmaitych pism, a także fragmenty internetowego dziennika, publikowanego regularnie od wielu już lat. Plus mnóstwo fotografii. Wszystko dobrze zredagowane i ładnie wydane. Czyta się to z wielką przyjemnością, można się pouśmiechać i powzruszać. Janda pięknie opowiada o jednej ze swoich gosposi, wzruszająca jest też czułość z jaką odnosi się do swojej matki, ściskają za serce fragmenty, w których wspomina zmarłego męża. 
Cudowna lektura, na pewno spodoba się wielbicielom artystki, a myślę, że i tych bardziej obojętnych może zaciekawić. Gorąco polecam.


Sebastian Fitzek - "Pasażer 23"



Fitzek to od kilku lat chyba najgorętsze nazwisko jeśli chodzi o niemiecką literaturę popularną. Całkiem zasłużenie - jego thrillery są bardzo sprawnie skonstruowane, dobrze napisane i w większości przypadków nie zalatują banałem. Autor dobrze wie z czego powinna się składać dobra powieść sensacyjna i bawi się tym gatunkiem bez żadnych kompleksów. 

Akcja "Pasażera 23" dzieje się w zamkniętej przestrzeni wielkiego statku wycieczkowego. Pięć lat wcześniej na takim statku w tajemniczych okolicznościach zginęła żona i syn policjanta, Martina Schwarza. Teraz okazuje się, że takich wypadków było więcej. Jedna z ofiar, kilkuletnia dziewczynka, niespodziewanie odnajduje się na pokładzie Sułtana Mórz. Dziecko nic nie mówi, ale ma ze sobą misia należącego do synka Schwarza... Policjant stawia sobie za punkt honoru wyjaśnienie sprawy dziewczynki i odkrycie co tak naprawdę stało się z jego własną rodziną.

Bardzo dobrze to jest napisane. Trzyma w napięciu, potrafi zaskoczyć, wciąga. Do przeczytania w jeden wieczór. Polecam.
 

wtorek, 31 maja 2016

Lauren Groff - "Fatum i furia"



O tej książce słyszałam i czytałam tyle dobrego, że oczekiwałam chyba co najmniej wielkiego dzieła. A jak było? Hm.
Rozpisana na dwa głosy historia związku Lotta i Mathilde. Poznają się na studiach, po zaledwie dwóch tygodniach biorą ślub, na zawsze, dopóki śmierć ich nie rozłączy. Pierwsza część opowiedziana jest z perspektywy Lotta, uroczego, rozpieszczonego lekkoducha wychowanego w cieplarnianych warunkach. Małżeństwo z Mathilde oznacza dla niego koniec dawnego życia, nie tylko dlatego, że odtąd nie istnieją inne kobiety, ale przede wszystkim z powodu wydziedziczenia przez matkę. Koniec z pieniędzmi, płynącymi dotąd wartką strugą na każde zawołanie, koniec z udawaniem, że materialna strona życia nie istnieje. Cóż to jednak znaczy w obliczu prawdziwej, wielkiej miłości?
W drugiej części patrzymy na tę samą historię oczami Mathilde. Pięknej, zimnej, niedostępnej kobiety bez rodziny i bez przeszłości, która jednak wytrwale wspiera Lotta w jego próbach zostania zawodowym aktorem, nigdy nie ma pretensji, bierze na siebie ciężar utrzymania rodziny wtedy gdy jest to konieczne. I jest taką samą opoką także wtedy, gdy jej mąż odkrywa w sobie nowy dar i zostaje wziętym, świetnie opłacanym dramaturgiem. 
Ta dwójka stanowi zamkniętą całość, wydaje się, że jedno bez drugiego nie może istnieć i spełniać się w jakiejkolwiek dziedzinie.

Groff bierze pod lupę związek dwojga ludzi na przestrzeni kilkudziesięciu lat. I pokazuje, że mimo niewątpliwej miłości albo przywiązania (czy to zresztą nie wszystko jedno?) między bohaterami, mimo wielkiej bliskości, ostatecznie okazują się dla siebie wielkimi enigmami. Przemilczenia, kłamstwa i tajemnice są obecne w życiu tej dwójki tak samo jak w życiu każdego człowieka. Nic nowego. 
Jest to bez wątpienia dobrze napisane i dobrze się czyta, ale jak dla mnie mamy tu do czynienia po prostu z dobrą, rzemieślniczą robotą. Daleka jestem od przyłączenia się do zachwytów nad wybitnością tej powieści, ale na pewno czas przeznaczony na jej lekturę trudno uznać za stracony.


piątek, 27 maja 2016

Alex Marwood - "Dziewczyny, które zabiły Chloe"


Jeden z tych kryminałów, które czytasz w ciągłym oczekiwaniu aż wreszcie wydarzy się coś strasznego. Albo aż wreszcie poczujesz więź z którymś z bohaterów. Albo aż po prostu cię wciągnie. A potem okazuje się, że to już koniec i nic, nic się nie wydarzyło. 
Taka sobie historyjka o dwóch dziewczynkach, zamkniętych w poprawczaku za zabicie trzeciej dziewczynki. Po latach, już jako dorosłe kobiety o starannie wypracowanych życiorysach, spotykają się znowu. Ponownie wplątane w zbrodnię i zdecydowane walczyć o kruchy spokój, który sobie wreszcie zapewniły.
Czytałam wiele pozytywnych opinii o tej książce, ale jakoś zupełnie mnie nie wciągnęła. Poprawnie napisana, tak, ale poza tym przeciętna. Nic szczególnego.
 

Justine Levy - "Nic takiego"


Kolejna udana lektura, będąca częścią charakterystycznie wyglądającej serii wydawnictwa Sonia Draga. 
Francuska pisarka bierze na warsztat bardzo zwyczajną historię, którą chyba każdy przerabiał na własnej skórze - dwoje ludzi zakochuje się w sobie i wiedzie wspólnie udane życie, aż w którymś momencie wydarza się coś co kończy ten związek. Dla co najmniej jednej ze stron jest to absolutny koniec świata, skutkujący długotrwałą depresją i zobojętnieniem na życie. Aż do czasu kiedy się okazuje, że upłynęło już wystarczająco wiele miesięcy i że kolejny poranek nagle nie jest tak samo szary jak wszystkie poprzednie. 
Louise, główna bohaterka tej powieści, jest po prostu kolejną dziewczyną, której nie poszło w życiu tak jak się spodziewała, a jej bezradność wobec zderzenia z przykrymi okolicznościami nie różni się od tej, jaką możemy obserwować u swoich przyjaciółek, sióstr albo u siebie samych. Dlatego lubimy Louise i chcemy żeby jej się w końcu poprawiło.

Jak wszystkie książki z tej serii nie jest to duża, ważna literatura. Raczej kobiece czytadło, ale smaczne, dobrze napisane, bardzo przyjemne w odbiorze. Można pisać o codziennych sprawach i wielkich emocjach bez zadęcia, zupełnie po prostu. Polecam.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

James Ellroy - "Czarna Dalia"


Uwielbiam kino noir. Wszystkie te mroczne kryminały z popapranymi detektywami w kapeluszach, papierosowy dym snujący się w poprzek ekranu, kobiety w dopasowanych sukienkach i z perfekcyjnymi fryzurami (mówcie co chcecie, ale jeśli chodzi o modę to w latach 40-50tych projektantom ciuchów wyraźnie zależało na tym żeby faktycznie wydobyć z kobiety to co najpiękniejsze).
Powieść Ellroya przeniosła mnie dokładnie w ten klimat. Lata czterdzieste, duszne L.A. wypełnione pięknymi ludźmi i szemranymi typami spod ciemnej gwiazdy. 
Na opuszczonej parceli ktoś znajduje okaleczone, przecięte wpół zwłoki młodej kobiety. Wśród detektywów pracujących nad tą sprawą jest dwóch przyjaciół o skomplikowanej przeszłości i równie skomplikowanej teraźniejszości. 
Właściwie powiedziałabym, że "Czarna Dalia" mniej jest historią samego śledztwa, a bardziej relacji międzyludzkich. Prawie każda z postaci ma tu jakieś drugie, mroczne tło, skrywane tajemnice, troskliwie pielęgnowane obsesje. To bardzo męska powieść, pełna potu, bijatyk i buzującego testosteronu. 
Całość opiera się na prawdziwej historii zabójstwa Elizabeth Short - w książce zabójca się znajduje, faktycznie sprawa do dziś nie jest rozwiązana. 
Bardzo klimatyczna, dobrze napisana rzecz, wciągająca. Idealna na wieczór.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Magda Umer, Bogusław Linda - "Zły chłopiec"


Kolejny wywiad - rzeka ze znanym aktorem. Przepytuje go jednak nie dziennikarz tylko dobra znajoma. I to niestety widać. Zamiast interesującej rozmowy kipiącej smakowitymi anegdotami dostajemy bowiem słodkie pitu pitu, głównie o niczym, a w każdym razie o niczym czego już wcześniej nie dowiedzielibyśmy się z wywiadów z aktorem. Choć miałam wrażenie, że sam Linda chętnie opowiedziałby coś więcej to najwyraźniej pani Umer tego wrażenia nie podzielała. Całość nie różni się właściwie niczym od ugrzecznionych rozmów z gwiazdami publikowanych w kolorowych pisemkach. 
Ale to można znieść, w końcu nie każda tego typu książka jest super interesująca.
Co mnie natomiast zwyczajnie wkurzyło to samo wydanie czy też skład książki. Ktoś to tak wymyślił, że wykorzystywana jest tylko połowa strony. W związku z tym choć książka liczy nieco ponad dwieście stron (pominąwszy przypisy w rodzaju szczegółowej filmografii), jej treść spokojnie można było zmieścić na stu. A jeśli wziąć pod uwagę mnogość fotografii to pewnie i tak byłoby za dużo. 
Zatem nie tylko jakość tekstu przypomina gazetowe wywiady, ale i jego długość.
Ponieważ zaś dzieło to kosztuje prawie 50 złotych to cóż, czytelnik ma prawo czuć się zrobiony w bambuko. I tak też czuję się ja.
Najmocniejszą stroną "Złego chłopca" są zdjęcia Lidii Popiel, otwierające kolejne rodziały. Poza tym rzecz nie jest warta uwagi.
 

środa, 13 kwietnia 2016

Karl Ove Knausgard - "Moja walka, tom 2"


Przyznaję, że Knausgard awansował do grona moich najulubieńszych pisarzy. A znam go tylko z dwóch tomów "Mojej walki". Ale. Napisać kilkutomową autobiografię w zasadzie i zainteresować nią kogoś, kto wcześniej nigdy o autorze nie słyszał? Szacun.
W poprzedniej części Knausgard mierzył się głównie z własnym dzieciństwem. W tej bierze na warsztat dorosłość. Rozstanie z żoną, praktycznie ucieczkę do Szwecji, związek z nową kobietą, ojcostwo. Jest tu i połączona ze zwykłą radością euforia, towarzysząca początkowi każdego związku, i znużenie codziennością, i poczucie bycia poza nawiasem związane ze zmianą kraju zamieszkania. Ta częśc jest bardzo interesująca dla kogoś takiego jak ja, komu Skandynawia jawi się jako pewna całość, tymczasem nic z tego. Knausgard w Szwecji jest tak samo obcy jak byłabym w niej ja, często nikt go nie rozumie, jest traktowany z góry. Oj nie ma on dobrego zdania o tym kraju.
Jest to też opowieść o walce ojciec/mąż versus twórca. Knausgard chce przede wszystkim pisać. Godziny, które spędza w wynajętej kawalerce nad maszyną do pisania są dla niego znacznie ważniejsze niż te poświęcone zabawom z dziećmi i to dla nich głównie żyje. Tymczasem codzienność wymaga od niego zajmowania się dziećmi, które - choć kochane, chciane i potrzebne - nie stanowią jednak o sensie istnienia. To rozdarcie między byciem rodzicem, a byciem twórcą, pokazuje Knausgard fantastycznie.
Wiem, że wiele osób nie lubi "Mojej walki" za zbyt szczegółowe opisy, rozwlekłość, liczne dygresje. Ale zaskakując samą siebie odkryłam, że w wydaniu tego autora kupuję to w stu procentach. Nie tylko nie przeszkadzają mi jego opisy rozmów ze znajomymi, ale wręcz mnie ciekawią. Kupuję codzienność Knausgarda, choć zdaję sobie sprawę z tego, że jest to codzienność w jakimś stopniu przetworzona. 
Ale interesuje mnie ona i chcę więcej.

środa, 6 kwietnia 2016

David Hewson - "Domek dla lalek"



Polubiłam Hewsona za "Dochodzenie". Trzymałam go jednak na dystans, bo choć trzy książki z tamtego cyklu były świetne to jednak powstały w oparciu o serial, więc jakoś nie całkiem ufałam w jego pisarskie zdolności. 
Tymczasem "Domek dla lalek", rzecz zupełnie od "Dochodzenia" niezależna, wypada bardzo dobrze. To dość standardowy... kryminał? thriller? Mamy tu pełnokrwistego eks policyjnego detektywa z konkursowo rozwalonym życiem, trupy w szafie i oczywiście sprawę, która naszego życiowego rozbitka na nowo wciąga w wir śledztwa. Sprawa dotyczy zaginięcia młodej dziewczyny, pasierbicy byłej partnerki pana policjanta i niepokojąco przypomina sprawę zaginięcia córki tegoż. Poza osobistymi rozgrywkami w grę wchodzi także poważna polityka i dawne animozje z gangsterami. Jest też upierdliwy szef, pełna entuzjazmu, choć nieopierzona policyjna partnerka z prowincji i niepoukładane relacje z byłą żoną. A wszystko to w cudnym Amsterdamie.
Czyta się bardzo miło i całkiem wciąga!
Nie było się czego bać, Hewson daje radę.

Marcin Mastalerz, Piotr Fronczewski - "Ja, Fronczewski"



Bardzo interesujący wywiad rzeka z właścicielem jednego z najseksowniejszych męskich głosów ever (według mojego prywatnego rankingu). Że Piotr Fronczewski jest świetnym aktorem to, mam nadzieję, nikogo przekonywać nie muszę. 
Książka jest typowa dla swojego gatunku - ot, dziennikarz spotyka się z gwiazdą i notuje co gwiazda powie. W tym wypadku jest to o tyle ciekawe, że rozmówca faktycznie ma coś ciekawego do powiedzenia. Nie tylko odsłania przed czytelnikiem fragmenty swojego prywatnego życia, ale przede wszystkim w sposób wielce zajmujący opowiada o swojej karierze zawodowej. 
Bardzo ciekawa lektura, do przeczytania z prawdziwą przyjemnością.

piątek, 12 lutego 2016

Joyce Carol Oates - "Przeklęci"


Stało się. Po raz pierwszy sięgnęłam po powieść mojej ukochanej pisarki i nie tylko mnie ona nie zachwyciła, ale wręcz znudziła. Długo nosiłam w sobie wrażenia po tej lekturze, myślałam, że jakoś dojrzeję, zmienię zdanie, ale jednak nie. Ta książka po prostu mi się nie podoba.

Gotycki romans, trochę horror. Wszystko jest tu oczywiście wspaniale dopracowane, w końcu to Oates. Kiedy postanawia, że całość stylizowana będzie na pracę badawczą, to tak właśnie to odbieramy. Kiedy wprowadza do fabuły postacie historyczne i ich notatki, dzienniki etc. to robi to tak, że sami nie wiemy - czy to dzienniki fikcyjne, czy może prawdziwe historyczne dokumenty? W budowaniu nastroju i tła Oates jest mistrzynią i to nie podlega dyskusji.
A jednak historia dystyngowanego, napuszonego towarzystwa z idyllicznie nudnego Princetonu, w którym nagle zaczyna dziać się dziwnie, zupełnie mnie nie porwała. Tajemniczy dżentelmen, który pojawia się znikąd i którego twarzy nikt tak naprawdę nie pamięta, zniknięcie pewnej panny młodej, dziwne wypadki i zgony, szaleństwo zataczające coraz szersze kręgi. Brzmi kusząco, ale niestety tym razem mój apetyt pozostał niezaspokojony.

Na plus zapisuję tej powieści fantastyczny portret Ameryki z początków XX wieku. Jest tu całkiem sporo o popularnych wówczas ideologiach, pozycji kobiet, emancypacji, rozwoju przemysłu
Niestety całość tchnie po prostu nudą, co piszę z wielką przykrością, ponieważ Oates należy do moich najukochańszych twórców i dotąd nigdy mnie nie zawiodła. Przez "Przeklętych" brnęłam długo i mozolnie, i w ogólnym rozrachunku bez przyjemności. Na pewno nie polecam tej książki na pierwsze spotkanie z pisarką, ale gorąco zachęcam do poznania jej wcześniejszych powieści.