poniedziałek, 28 grudnia 2015

Paula Hawkins - "Dziewczyna z pociągu"


Całkiem niczego sobie kryminał, w którym przeszkadzało mi właściwie tylko jedno - nachalne skojarzenie z książkami Gillian Flynn. Nie potrafię powiedzieć co dokładnie wywołało to uczucie, może rozpisanie fabuły na głosy poszczególnych postaci? Nie wiem, ale drażniło mnie to mocno podczas lektury.
Poza tym jednak rzecz jest zupełnie przyzwoita, szczególnie jak na debiut. Oto jest sobie Rachel, postać mocno żałosna, alkoholiczka z życiem rozwalonym wręcz modelowo, w dodatku na własne życzenie, więc trudno nam ją lubić. Co rano Rachel pokonuje pociągiem tę samą trasę i co rano przy okazji krótkiego postoju podgląda życie pewnej rodziny. Czego nie zobaczy to sobie dozmyśla i w efekcie jest przekonana, że doskonale zna mieszkańców regularnie oglądanego domu. Gdy więc któregoś ranka obejrzana przez okno pociągu scena mocno odbiega od zwyczajowych, w Rachel budzi się duch detektywa. Wkrótce okazuje się, że coś faktycznie jest na rzeczy, niestety Rachel ma mocno pod górkę - ponieważ jej nałóg jest dla wszystkich oczywisty, nikt nie traktuje jej poważnie, tym bardziej, że kobieta ma już na swoim koncie rozmaite wyskoki. Musi więc zmierzyć się nie tylko z sytuacją, ale i samą sobą, a że dochodzą do tego jej piętrowe problemy osobiste to jest całkiem ciekawie. 

Całość trzyma tempo i napięcie, ale gdzieś pod koniec wszystko siada jakby autorce nagle zabrakło koncepcji albo energii i finał nie jest przesadnie zaskakujący. Szkoda, ale i tak jest nieźle.

środa, 16 grudnia 2015

Małgorzata Musierowicz - "Feblik"



Kiedyś bardzo wyczekiwałam kolejnych części Jeżycjady, czułam się związana z jej bohaterami, ciekawiły mnie dalsze losy Borejków i ich przyjaciół. Ale to było dawno i nieprawda. Od dobrych kilku lat kupuję kolejne części cyklu wyłącznie z sentymentu, a dawne uczucie, że oto czytając Małgorzatę Musierowicz przenoszę się do innego, ciepłego i przytulnego wymiaru ustąpiło miejsca znużeniu i irytacji.
"Feblik" jest mimo wszystko nieco lepszy niż poprzednia "Wnuczka do orzechów". Wprawdzie fabuła jest nadal szczątkowa - leczący złamane serce Ignacy wpada na dawną, szkolną koleżankę i oczywiście rodzi się z tego prawdziwa miłość, a reszta Borejków po prostu spędza lato na wsi - ale jakimś cudem szczególnie mnie to nie znudziło.
Od dawnej Musierowicz dzielą wprawdzie "Feblika" lata świetlne, ale nikogo to chyba nie dziwi, więc nie dramatyzujmy.
Co jest natomiast straszne to zupełnie mdli bohaterowie. Wszyscy, co do jednego. Wyraziste siostry Borejko, stanowiące trzon dawnej Jeżycjady, po prostu zniknęły. Patrycja została sprowadzona do roli kuchty serwującej kolejne potrawy i zastanawiającej się jakie to lody podać na deser. Wrażliwa, inteligentna Natalia pojawia się w tle w dwóch czy trzech scenach jako zupełnie zbędny, bezbarwny twór. Dobiegająca pięćdziesiątki Ida ma chyba być szalona i nieobliczalna, a jest irytująca i sztuczna. No i Gabrysia, już raczej pani w mocno średnim wieku, opisywana przez autorkę tak, jakby nadal miała lat dwadzieścia.
Nieprzesadnie wyeksponowany jest na szczęście ojciec Borejko (kiedyś marzyłam, by mieć takiego tatę, dziś nie mogę się doczekać kiedy wreszcie Musierowicz go uśmierci).
No i przede wszystkim młode pokolenie. Ignacy jest może i uroczym nudziarzem, ale na litość boską, po co wpychać mu w usta te wszystkie drętwe frazesy? Potrafię zrozumieć niechęć autorki do całego chłamu, którym żyje współczesna młodzież, ale czy to wystarczający powód, by czynić bohaterem książki postać zupełnie oderwaną od rzeczywistości? Zupełnie nie rozumiem dlaczego w Jeżycjadzie nie może być pozytywną postacią ktoś, kto po prostu jest współczesny. Czy naprawdę autorka uważa, że przyzwoici ludzie to ci, którzy przy obiedzie przerzucają się cytatami z Sokratesa, a jak już zabierają dziewczynę na randkę to koniecznie śladami historii? Drażni mnie to bardzo, że świat Borejków jest coraz bardziej hermetyczny i coraz bardziej śmierdzący poczuciem wyższości nad gustującym w plebejskich rozrywkach ogółem.
Jasne, że przeczytam kolejną część, ale może pani Musierowicz powinna wreszcie zakończyć tę sagę i zająć się czymś nowym?

czwartek, 1 października 2015

F. Scott Fitzgerald - "Czuła jest noc"


Literacki dorobek Fitzgeralda nie jest duży, przeczytałam wszystko co zostało przetłumaczone na język polski, w tym wszystkie jego powieści. Od razu wyznam, że dla mnie Fitzgerald pozostaje autorem jednej książki. "Wielki Gatsby" mnie zachwycił i rozbudził nadzieje na więcej, ale teraz już wiem - to był szczyt umiejętności autora, jedna rzecz, która mu się bez cienia wątpliwości udała i zasłużenie uczyniła sławnym. Reszta jest niestety raczej nędzna. 

"Czuła jest noc" przez chwilę rozbudziła moje nadzieje. Podzielona na trzy części opowieść o cieszącym się życiem lekarzu i jego chorującej psychicznie żonie spleciona z losami młodziutkiej gwiazdy filmowej, francuskie wybrzeże, towarzyskie układy, przyjaźnie i romansiki relaksujących się w Europie Amerykanów - zapowiadało się nieźle. Ale na zapowiedziach się skończyło. Nawet jeśli czytać to przez pryzmat losów samego autora, rzecz jest zwyczajnie nudna i nijaka. Pierwsza i ostatnia część powieści budzą jeszcze jakieś emocje (po pierwszej części lektury myślałam wow, ależ to jest filmowo napisane, super), ale nudny środek skutecznie zabija resztę. Kompletnie nie obchodzili mnie bohaterowie, ani zapijaczony Dick, ani infantylna Rosemary, ani nudna, choć teoretycznie najbardziej skomplikowana żona głównego bohatera. 
Lektura tej książki utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Fitzgeralda chcę zapamiętać wyłącznie jako autora "Wielkiego Gatsby'ego", reszta nie jest warta wzmianki. 

poniedziałek, 28 września 2015

Jojo Moyes - "Razem będzie lepiej"


Pracująca na dwóch etatach samotna matka, rzutki biznesmen, który nagle musi się zmierzyć z poważnymi problemami, stary, śmierdzący pies, dwoje nieprzeciętnych dzieci i ciasny samochód, w którym całe to towarzystwo zmuszone jest przez jakiś czas ze sobą być - to z grubsza zarysy tej powieści.
Rok temu przeczytałam "Zanim się pojawiłeś" autorstwa Jojo Moyes i przyznaję, że choć to nie moja bajka to całkiem mi się spodobało. Tak samo jest z tą książką. Choć wszystko tu jest bardzo przewidywalne i podąża utartymi, raczej tanimi schematami, to jednak Moyes pisze to z wdziękiem, niewysilonym humorem i lekkością. I chociaż tym razem niespecjalnie przejęłam się historią Jess i Eda to przyznaję, że czytałam tę powieść bez przykrości, a nawet z przyjemnością. Nie jest to rzecz dla kogoś poszukującego w literaturze jakiejś głębi, ale przyzwoita rozrywka - na pewno tak.

Fiolka Najdenowicz - "Głośny śmiech"

 
Cóż to była za postać! Pojawiła się na polskiej scenie muzycznej znikąd, na chwilę została gwiazdą, a potem słuch o niej zaginął. Brzmi znajomo, wiem, w końcu takich przypadków jest mnóstwo, ale w odróżnieniu od innych Fiolka miała prawdziwy talent i kawał naprawdę dobrego głosu. Jej śpiewanie było wyjątkowe.
Bardzo mnie ucieszyła wiadomość, że ta niesamowicie energetyczna wokalistka napisała książkę. Po pierwsze przypomniało mi to o jej istnieniu i na nowo odkryłam kilka kawałków, po drugie zwyczajnie byłam ciekawa wyjaśnień dlaczego Fiolka przestała istnieć w przestrzeni publicznej, a przede wszystkim dlaczego już nie śpiewa. 
Niestety, ta książka jest po prostu kiepska. Wydaje mi się, że to kwestia redakcji - słyszałam Fiolkę, wiem, że potrafi opowiadać, ale tutaj zupełnie tego nie widać. Tyle smakowitych anegdotek, taki kawał historii rozwoju polskiego przemysłu fonograficznego od kuchni i wszystko to ostatecznie zupełnie bez polotu, chaotycznie, nieciekawie, po łebkach. Wielka szkoda. A najmocniej mi żal, że o tym, czego byłam najbardziej ciekawa, czyli jak to się stało, że teraz Fiolka pracuje jako człowiek od wszystkiego w śródziemnomorskich pensjonatach, w książce jest ledwo ledwo. A przecież to mega interesujące. Pozostaje mi czekać na kolejną, już zapowiedzianą książkę. Z nadzieją, że tym razem ktoś zredaguje ją porządniej, bo zdecydowanie Fiolka na to zasługuje. I my też.

 

czwartek, 17 września 2015

Adam Ragiel, Magdalena Rigamonti - "Bez strachu. Jak umiera człowiek"


Takie mam dziwne hobby, że bardzo chętnie czytam książki o fizycznym aspekcie umierania i dlatego miałam tę książkę na celowniku odkąd kilka miesięcy temu ukazały się w prasie jej zapowiedzi.
Podglądamy tu pracę najbardziej uznanego polskiego balsamisty i jego ekipy. Magdalena Rigamonti rozmawia z pracownikami Adama Ragiela i z nim samym. Z jednej strony super, bo świetne jest to, że wreszcie w Polsce ktoś próbuje mówić o śmierci tak wprost. Z drugiej niestety zawód – z kolejnych rozmów nic nie wynika, powtarzają się wciąż te same stwierdzenia i tak naprawdę nie jest to książka o umieraniu tylko o pracy balsamisty. Też ciekawy temat, ale nie całkiem tego oczekiwałam.
Ogólnie wrażenia mam takie sobie, obiecywałam sobie po tej lekturze dużo więcej.

sobota, 12 września 2015

John Irving - "W jednej osobie"



John Irving jest jednym z tych autorów, którzy przez całe życie piszą jedną książkę. Jego powieści prawie zawsze mają te same składowe – dojrzewanie, trudne relacje rodzinne, zapasy jako chętnie uprawiany sport, ciągoty pisarskie u którejś z postaci, dwuznaczność seksualną w relacjach między bohaterami.
A jednak nie męczą mnie jego powieści, więcej nawet – czekam na nie i czytam za każdym razem z jednakową przyjemnością. Bo jakoś tak się dzieje, że ten specyficzny irvingowski klimat i galerie oryginalnych postaci sprawiają, że na kilka godzin wsiąkam i przepadam, przeżywając z bohaterami ich wzloty i potknięcia. Nie przeszkadza mi nawet to, że zagęszczenie dziwaków jest u Irvinga trudne do uwierzenia w prawdziwym życiu.
„W jednej osobie” przenosi nas do chłopięcej szkoły z internatem, gdzie wzrasta Billy, przyszły pisarz, a równocześnie narrator wspominający swoje życie. Skomplikowane relacje i rodzinne tajemnice, poszukiwanie własnej tożsamości, przyjaźń na całe życie, pierwsze kontakty seksualne, mierzenie się z homofobią i AIDS - to wszystko całkiem sporo żeby nie znudzić czytelnika.
Wiem, że Irving należy do pisarzy, których albo się bardzo lubi, albo nie trawi. Że jego balansowanie na styku tragedii i groteski nie wszystkim przypada do gustu. Ja bardzo jego twórczość lubię i bardzo też podobało mi się „W jednej osobie”.

piątek, 21 sierpnia 2015

Ilona Wiśniewska - "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen"



Jeśli oglądając "Fortitude" czy choćby "Przystanek Alaska" zastanawialiście się jak to jest żyć na dalekim, mroźnym pustkowiu, to jest to książka dla was. Mieszkająca od kilku lat na Spitsbergenie autorka przybliża nam egzotyczny, odległy, nieprzyjazny człowiekowi świat, a robi to opowiadając historie ludzi zamieszkujących ten mały kawałeczek lodowca. Jak to jest żyć w miejscu, w którym nie można umrzeć ani urodzić dziecka, gdzie nie ma ani jednego kota, a cisza jest stuprocentową, obezwładniającą pustką? 
Kim są ludzie, którzy wybrali życie na tej jałowej, wiecznie zimnej ziemi? Fascynujące są ich historie, fascynujące osobowości. Niesamowita mieszanka narodowości i kultur tworzy społeczność jedyną w swoim rodzaju. 
Ta książka to świetny portret miejsca i ludzi, którzy po prostu muszą być silni i gotowi do znoszenia samotności, a jednocześnie bez współdziałania i aktywnego tworzenia wspólnoty nie mają szans na przetrwanie w tak surowych warunkach.
Bardzo interesująca. I choć moje serce zostało w Ameryce Południowej, to po tej lekturze marzę o zakosztowaniu życia na Spitsbergenie. 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Delphine De Vigan "No i ja"



Mega przystępna i łatwa do czytania proza, która jednak może dać do myślenia.
Trzynastoletnia Lou, dziewczynka, która z powodu wysokiego ilorazu inteligencji przeskoczyła kilka klas, poznaje bezdomną No, a jej historię wykorzystuje do napisania szkolnego referatu. Ta przypadkowa znajomość  stopniowo przeradza się w przyjaźń. Choć No żyje na ulicy, a Lou wzrasta w porządnym domu, to tak naprawdę obie są jednakowo samotne i zagubione. Genialna Lou nie potrafi znaleźć wspólnego języka ze starszymi o kilka lat kolegami ze szkoły, a nad jej relacjami z rodzicami tkwi cieniem duch zmarłej siostry. 
Choć w całej historii jest sporo naiwnego idealizmu (rodzice Lou bez problemu godzący się, by zamieszkała z nimi No) to i tak całość pozostaje bardzo fajną powieścią o dojrzewaniu i o godzeniu się z trudnymi sprawami. Czytałam już wcześniej "Ukryte godziny" tej autorki i zdaje się, że celuje ona w lekko napisanych książkach o prawdziwie ważnych sprawach. Warto poznać, bo to jednak nieco więcej niż pospolite czytadło.

czwartek, 30 lipca 2015

Gillian Flynn - "Ostre przedmioty"



O Gillian Flynn usłyszeliśmy w Polsce po sukcesie  "Zaginionej dziewczyny". Ja także czytałam tę książkę i choć  mnie nie zachwyciła to była wystarczająco dobra, bym mogła ją polecać jako kryminalne czytadło. 
"Ostre przedmioty", debiut Flynn, są moim zdaniem znacznie lepsze od zekranizowanego bestsellera. Jakby mniej tu kalkulacji w rodzaju co może się czytelnikowi spodobać, choć oczywiście mogę się w tej ocenie mylić. Fakty są jednak takie, że podczas gdy "Zaginioną dziewczynę" czytałam na raty i jako zapychacz wolnego czasu, to dla "Ostrych przedmiotów" prawie zarwałam noc - nawet nie z powodu oryginalnej fabuły, tym razem także dość szybko odgadłam kto jest czarnym charakterem - ale po prostu jest to tak fajnie napisane, że chce się dotrzeć do następnego rozdziału, a potem do jeszcze następnego… sami wiecie jak to jest. 

Pracująca dla nieprzesadnie poczytnej gazety reporterka zostaje wysłana do miasteczka, w którym dorastała, by zrobić temat ze sprawy zabójstw dwóch dziewczynek. Tym sposobem musi się zmierzyć z od lat niewidzianą, raczej toksyczną matką oraz oczywiście z szeroko rozumianą przeszłością. Oczywiście nasza reporterka/wkrótce detektywka jest mocno popaprana i ma swoje za uszami, inaczej cóż by to był za kryminał. Spodziewam się, że nikogo tu nie zaskoczy finał samej kryminalnej sprawy, bo rzecz jest oczywista niemal od razu, ale zaskakujące jest, że mimo to czyta się to super i nawet w pewnym napięciu.
Naprawdę w porządku w swoim gatunku i naprawdę lepsze od "Zaginionej dziewczyny". Serio.

Magdalena Grzebałkowska - "Beksińscy. Portret podwójny"



Nawet jeśli nie wszyscy tę książkę przeczytali, to prawie każdy o niej słyszał, a na pewno prawie każdy zna nazwisko Beksiński.
Ja sama, choć kojarzę obu panów, nigdy nie należałam do fanek żadnego z nich. A jednak książkę Magdaleny Grzebałkowskiej przeczytałam z wielkim zainteresowaniem. I to jest jej największy plus - że czyta się ją świetnie nawet jeśli Beksińscy niespecjalnie nas dotąd interesowali. Autorka postarała się o rzetelną dokumentację, to nie jest książka o spekulacjach czy zmyśleniach wokół znanych faktów. To jest solidny reportaż, ale napisany tak, że czyta się go jak powieść - i to powieść, od której trudno się oderwać. 

Z tej historii bije przede wszystkim smutek. Jak to możliwe, że dwie bliskie sobie osoby, w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobne (obaj Beksińscy lubowali się w mrocznych klimatach) nigdy się do siebie nie zbliżyły? Obaj byli trudni, to fakt. Ale przecież Beksiński senior potrafił kochać. Wydaje się, że jego związek z żoną, jakkolwiek by nie przystawał do współczesnych norm partnerskiego małżeństwa, był naprawdę udany i harmonijny. Lektura książki nie pozostawia też złudzeń - Tomek był przez rodziców kochany, był też wrażliwym człowiekiem. Co więc się stało, jak doszło do tego, że rodzice dali się przez całe lata terroryzować synowi, trwając w ciągłym rozkroku pomiędzy zaspokajaniem jego codziennych potrzeb a nieustannym lękiem, czy to nie dziś spróbuje się znowu zabić? 
Niesamowita historia, napisana przez życie po prostu, a jest w niej wszystko - miłość, troska, brak zrozumienia, światowa sława, chorobliwy lęk przed bliskością, słabość, wzloty i upadki, tragedia spadająca na człowieka bez ostrzeżenia.

Wspaniała książka, naprawdę.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Andrea Camilleri - "Skrzydła sfinksa"



Młoda kobieta zabita strzałem w twarz, zagadkowy tatuaż i podejrzana organizacja dobroczynna - o tym jest kolejna część cyklu kryminałów z komisarzem Montalbano. 
Tym razem porywczy detektyw ma też problemy osobiste, a jego burzliwy związek przeżywa kolejny kryzys, zdecydowanie poważniejszy niż zwykle.

W kryminałach Camilleriego fajne jest to, że czas spędzony na ich lekturze mija szybko i niepostrzeżenie, a przy tym są naprawdę dobrze napisane. Szkieletem jest zawsze śledztwo i nie wiem jak autor to robi, ale mimo że jego książki nie należą do długich, to prowadzona sprawa opisana jest zawsze wystarczająco wyczerpująco, a przy tym zostaje sporo miejsca na nakreślenie osobowości drugoplanowych bohaterów, tak że każdy jest w jakiś sposób zapamiętywalny. No i oczywiście sam Montalbano i jego pozapracowe perypetie. Może i komisarz zrobił się jakby bardziej zrzędliwy, ale nic nie stracił ze swego uroku. Dorzućcie do tego dobre, zabawne dialogi i wyraźne umiłowanie bohatera do smacznej kuchni. Jeśli o mnie chodzi - więcej nie trzeba. Bardzo dobra rozrywka.

środa, 15 lipca 2015

Matthew Quick - "Poradnik pozytywnego myślenia"



Idealny przykład książki, która w lekki i przystępny sposób próbuje opowiadać o całkiem poważnych sprawach. A efekt jest, moim zdaniem, więcej niż akceptowalny. 

Po przejściu poważnego załamania nerwowego Pat, facet trochę po trzydziestce, wychodzi z zakładu psychiatrycznego. Czego Pat nie wie, to że w "niedobrym miejscu" spędził nie kilka miesięcy (jak mu się wydaje) tylko kilka lat. Nie pamięta też co właściwie doprowadziło do jego pobytu w zamkniętej placówce. Wie za to jedno - jego życie to film, który musi zakończyć się szczęśliwie. Przede wszystkim konieczne jest pojednanie z ukochaną Nikki, dla której Pat nie był najlepszym mężem. Nigdy nie miał dla niej czasu, w dodatku w trakcie małżeństwa przybrał na wadze. Dlatego teraz życie Pata podporządkowane jest sportowi, całe dnie spędza realizując plan wyczerpujących treningów, a resztę czasu poświęca na czytanie książek ze szkolnej listy lektur (Nikki jest nauczycielką angielskiego). 
I w ten względnie uporządkowany system pewnego dnia wkracza Tiffany, postrzelona sąsiadka z pokręconą historią i osobowością. Między dwójką życiowych rozbitków zawiązuje się nić porozumienia, która z czasem przekształca się w przyjaźń. 

A absolutnie najlepsze jest to, że tak zawiązana akcja wcale nie prowadzi do ckliwej, romantycznej historyjki, jakiej można by oczekiwać. Bo choć rzecz napisana jest lekko, trochę w czytadłowym stylu, to Matthew Quick opowiada nam tak naprawdę o wychodzeniu z poważnej choroby i o tym jak ważną rolę pełnią w tym procesie bliscy i przyjaciele. A na drugim planie mamy opisy terapii i galerię malowniczych postaci, od rodziców Pata po jego rewelacyjnego psychiatrę. 
Zaskakująco udana książka.


czwartek, 2 lipca 2015

Wojciech Tochman - "Bóg zapłać"



Zbiór starszych reportaży Wojciecha Tochmana. Są tu sprawy, którymi niegdyś żyła cała Polska, są też takie, których czytelnicy mogą w ogóle nie kojarzyć. Kto dziś pamięta maturzystów, którzy zginęli w autokarowym wypadku podczas pielgrzymki? A przecież każda z ofiar zostawiła po sobie rodziców, kolegów, ukochanych. Tragiczny wypadek nie był tylko końcem czyjegoś życia lecz stał się początkiem wieloletniej traumy u tych, którzy przeżyli. Wspólnym mianownikiem tej i innych zawartych w książce historii, jest Bóg, w jakiś sposób obecny w życiu wszystkich bohaterów. Bóg stanowiący czasem swoiste alibi dla najohydniejszych uczynków i zapewniający autorom tychże absolutny spokój sumienia.

Jestem wielką fanką Tochmana. Jego "Dzisiaj narysujemy śmierć" to jedna z najważniejszych książek jakie przeczytałam, uważam, że powinna być lekturą obowiązkową w szkołach. I choć inne jego reportaże nie robią już na mnie aż tak wielkiego wrażenia to zawsze, zawsze jego opowieści jakoś mnie dotykają i zmuszają do refleksji. 
Nie ma co silić się na recenzje, po prostu czytajcie Tochmana, bo warto.

piątek, 19 czerwca 2015

Sarah Waters - "Za ścianą"




Sporo czasu minęło od ostatniej powieści Sary Waters. Mistrzyni gotyckiej obyczajówki wraca z mieszanką romansu i kryminału i robi to w naprawdę niezłym stylu. 
Wczesne lata dwudzieste, ledwo co skończyła się wojna, a nowa rzeczywistość jest całkiem inna od tej znanej i oswojonej. Frances Wray mieszka z matką gdzieś na londyńskich przedmieściach. Po śmierci ojca i braci to właśnie Frances przypada rola głowy rodziny, a dla panny przyzwyczajonej do pewnego poziomu życia stanowi to niemałe wyzwanie. Niegdyś zaangażowana politycznie feministka teraz koncentruje się raczej na tym co włożyć do garnka i jak utrzymać w ryzach coraz bardziej sypiący się dom. Zamiast na towarzyskich spotkaniach, Frances spędza dnie szorując podłogi i cerując własne,  rozsypujące się ubrania. 
Kiepska sytuacja finansowa zmusza panie Wray do wynajęcia części domu - i tak w życiu Frances pojawia się urzędnicze małżeństwo na dorobku. Początkowo trudni do zaakceptowania intruzi z czasem stają się częścią codziennego krajobrazu, a Lilian zostaje najpierw przyjaciółką,  potem kochanką Frances. Zakazana namiętność prowadzi do zbrodni, a wtedy "Za ścianą" z obyczajowego romansu płynnie zmienia się w kryminał. 

Powieść Waters, gdy odrzeć ją z historycznego kostiumu, okazuje się zaskakująco aktualna. Jest tu sporo spostrzeżeń o naturze związków międzyludzkich. O tym, że w bliskiej relacji dwóch osób zawsze ktoś kocha bardziej i o tym jak łatwo nim wtedy manipulować. O płynnym przechodzeniu z roli drapieżnika do bycia ofiarą. 
Ale najciekawszy jest ogólny portret kobiet przyzwyczajonych do życia na trzecim planie, które nagle - zmuszone przez powojenne okoliczności - odkrywają, że potrafią być samowystarczalne. W pewnym sensie jest to powieść o sile kobiecości.
Czymkolwiek by nie była, czyta się ją wspaniale.

wtorek, 9 czerwca 2015

John Updike - "Pary"



Kiedy taki pisarz jak John Updike bierze na warsztat mikrokosmos amerykańskiej prowincji, można być pewnym, że efekt będzie zupełnie wyjątkowy. 
Na przykładzie kilku małżeństw poznajemy obraz tak dobrze znany choćby z sielankowych seriali. Są lata sześćdziesiąte, więc mężowie pracują, a żony zajmują się ogarnianiem codzienności, na wystrzyżonych trawnikach stoją zadbane, podobne do siebie domy, a na podjazdach takie same samochody. Oczywiście ta idealna przykrywka nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem mieszkańców Tarbox. Zblazowani, znudzeni życiem mężowie i żony, nie mają innych rozrywek niż spotkania we własnym gronie, suto zakrapiane przyjęcia i romanse. W zamkniętej, małej społeczności kolejne zdrady są widoczne i oczywiste dla wszystkich poza aktualnie zdradzanym małżonkiem. Za towarzyskimi konfiguracjami czasem trudno nadążyć. Pozbawieni większych problemów bohaterowie "Par" szybko nudzą się swoimi zakazanymi związkami i równie szybko zaczynają szukać nowych podniet. 
Choć na pozór wszyscy tu wiodą życie godne pozazdroszczenia to tak naprawdę tylko ślizgają się po jego powierzchni, pozbawieni głębszych refleksji i w gruncie rzeczy nieszczęśliwi. A jedyne, co może wyrwać bohaterów z płytkiej egzystencji, to z rzadka przytrafiające się im prawdziwe dramaty - konieczność aborcji, realne widmo rozwodu. W powieści Updike'a najbardziej wygrani okazują się ci, którzy najniżej upadli i wyrwali się z zamkniętego kręgu par. 

Czyta się to wspaniale, mimo początkowo trudnego do ogarnięcia nagromadzenia postaci. Jest w tej powieści bardzo teatralny klimat, właściwie większą jej część z łatwością dałoby się przerobić na sztukę, a może już to zrobiono? W końcu to Updike, chyba nie znam innego pisarza, który pochyla się nad ludzkimi słabostkami tak bezlitośnie i czule zarazem. 

Kupiłam powieść wydaną przez Świat Książki, nagromadzenie literówek było katastrofalne. Ale i tak cieszę się, że mogłam tę książkę przeczytać, jest absolutnie fantastyczna.

środa, 6 maja 2015

Philip Roth - "Kompleks Portnoya"



Trochę mi było wstyd, że zupełnie nie kojarzę książek Rotha, który podobno jest jednym z najwspanialszych pisarzy współczesnych, więc w końcu musiałam na niego trafić. 
"Kompleks Portnoya" jest bardzo zabawną czytanką o amerykańskim Żydzie, napędzanym przez swoją seksualność i głównie na tej seksualności skupionym. W długim monologu wygłaszanym na użytek psychoterapeuty, trzydziestoparoletni Alexander Portnoy mierzy się z własnym dzieciństwem (zdecydowanie nadopiekuńcza matka, raczej przegrany ojciec i starsza siostra oraz jej wielce pomocna podczas masturbacji bielizna). 
Powieść została onegdaj okrzyknięta mianem bardzo skandalizującej. Dziś to nie miałoby prawa się zdarzyć, ponieważ nieliczne sceny seksu czy też erotyczne aluzje są tu raczej komiczne niż perwersyjne i trudno mi sobie wyobrazić żeby kogokolwiek mogły zgorszyć.
Dla mnie ta powieść to po prostu portret pogubionego, nieco żałosnego faceta po trzydziestce, który próbuje dojść ze sobą do ładu. Podobieństwa do filmów Woody'ego Allena są oczywiste (neurotyczny, skupiony na seksie Żyd intelektualista w roli głównej).
Lekko, zabawnie napisane - tak, ale skandalizujące absolutnie nie. Nie żebym się nagle jakoś strasznie zakochała w prozie Rotha, ale chętnie się z nim bliżej poznam. 


wtorek, 5 maja 2015

Marek Raczkowski - "Książka, którą napisałem, żeby mieć na dziwki i narkotyki"



Nie jest to książka, z której dowiecie się czegoś rewolucyjnego o prawach rządzących światem. W ogóle nie jest to ważna książka. Jest to, powiedziałabym, książka zupełnie nieważna, błaha, lecz do czytania dla relaksu idealna. 
To po prostu zapis rozmowy dwójki dobrych znajomych - Magda Żakowska ciągnie za język jednego z najbardziej rozpoznawalnych rysowników w Polsce i efekt tego jest, uważam, całkiem ciekawy. 
Najbardziej ujmujące w Raczkowskim jest to, że nie próbuje udawać kogoś kim nie jest. Czyni to z niego absolutny ewenement w polskim światku celebrytów, w którym nasze rodzime sławy uparcie twierdzą na przykład, że nie robiły sobie żadnych operacji plastycznych, nawet jeśli gołym okiem widać, że nagle mają dwa razy mniejsze nosy i dwa razy większe usta, a jeśli chodzi o narkotyki to może kiedyś w liceum raz zapalili trawę, ale im się nie podobało i nigdy więcej. 
Marek Raczkowski opowiada o sobie zupełnie po prostu i bez napinki, ponieważ ma cechę, którą bardzo w ludziach cenię -  w ogóle nie przejmuje się opiniami ludzi, którzy nie są mu bliscy. 
Nie robi więc z siebie rycerza na białym koniu tylko opowiada jakim jest kobieciarzem, nie próbuje udawać, że nie nadużywa alkoholu, zupełnie wprost mówi o zażywaniu narkotyków kiedy ma na to ochotę, otwarcie przyznaje się do korzystania z usług prostytutek i wyjaśnia dlaczego z kilkoma się przyjaźni, nie ma problemu z mówieniem o finansowych problemach. 
 I choć może to brzmieć mało zachęcająco to okazuje się, że daleko mu do oślizłego, odpychającego typa. Bo Raczkowski jest po prostu inteligentnym, zabawnym człowiekiem. Nie wiem czy poszłabym z nim do łóżka, ale na wódkę na pewno.

poniedziałek, 4 maja 2015

Małgorzata Halber - "Najgorszy człowiek na świecie"



O tej książce napisano już chyba wszystko. Ja, po tym jak na jedno posiedzenie wchłonęłam ponad połowę, na dłuższy czas odłożyłam ją na bok, by potem resztę doczytać na raty. Nie wiem dlaczego, chyba nie byłam w stanie udźwignąć emocji przekazywanych przez Małgorzatę Halber.
Podstawowym pytaniem jest oczywiście to na ile Krystyna, bohaterka książki, jest jej autorką. Ja, być może bez sensu i bez uzasadnienia, założyłam, że jest to prawie jeden do jednego - w końcu Halber głośno mówi o swoim uzależnieniu i wydaje się, że "Najgorszy człowiek" w dużym stopniu jest po prostu zapisem jej doświadczeń.
Moim zdaniem największą siłą tej książki jest właśnie to, że sprawia wrażenie relacji z pierwszej ręki. Nie jest, jak choćby Pilchowe "Pod mocnym aniołem" czymś na kształt baśni o piciu, w ogóle jest mniej o piciu, a bardziej o tym jak się z tego picia wychodzi. 
Ta książka pomaga przemóc stereotypy. Niby każdy w miarę świadomy człowiek wie, że alkoholizm nie zależy od statusu materialnego, wykształcenia ani wspaniałej kariery, a jednak "Najgorszy człowiek" uświadamia nam to jakby bardziej. Te słowne screenshoty z mitingów, na których pani tworząca telewizyjne programy, gdzieś tam pewnie rozpoznawalna (choć mam wrażenie, że mniej, niż sama myśli) zderza się z panem żulem podchodzącym do odwyku po raz enty, te wszystkie postacie, które wydają się tak zdeterminowane, by wyjść z nałogu, a potem po prostu znikają ze spotkań i nikt o nich więcej nie słyszy. 

Ta książka nie jest powieścią. To bardzo intymny zapis radzenia sobie z problemem, przy czym nie jest to zapis przesadnie ugładzony. Jest to relacja, która nam mówi jasno - czasem się nie udaje. Nie udaje się raz, dwa razy, dziesięć razy. I wtedy można albo machnąć na wszystko ręką, albo spróbować po raz jedenasty. 

Nie potrafię "Najgorszego człowieka" ocenić. Ale wiem, że to jest ważna książka.

piątek, 24 kwietnia 2015

Patrycja Pustkowiak - "Nocne zwierzęta"


Od czasu do czasu trafiam na książki, które mnie od pierwszej strony zachwycają, wciągają, no po prostu - jestem kupiona od pierwszego strzału. A potem czytam i brnę dalej i zaczynam dostrzegać, że nagromadzenie błyskotliwych metafor, język początkowo wydający się takim świeżym, cała ta chuligańska lekkość staje się nie wiedzieć kiedy zwyczajnie męcząca, a wtedy już tylko krok do odkrycia, że w sumie za całym tym literackim zamieszaniem nie kryje się nic szczególnie godnego uwagi. I trochę tak właśnie miałam z tą lekturą. 
Ale. Mimo wszystko jest w "Nocnych zwierzętach"  to coś. Może to głowna bohaterka, Tamara, która jest trochę zabawna, trochę żałosna, trochę budząca politowanie? Może język? Może historia, prosta i smutna, a może tempo opowieści, rosnące powoli lecz konsekwentnie?
Można czytać powieść Patrycji Pustkowiak jak historię o młodej kobiecie, której udało się zrobić niespecjalnie porywającą, ale przynoszącą satysfakcjonujące pieniądze karierę zawodową i która w pewnym momencie straciła kontrolę nad własnym życiem, zamieniając korpogodziny na rajdy po nocnych klubach. Można też patrzeć na nią bardziej uniwersalnie, jak na studium upadku człowieka, przymus autodestrukcji. Bo Tamara, mimo wyniszczającego trybu życia zachowuje zdolność do trzeźwej oceny własnej sytuacji. Ona po prostu wie, że dzieje się źle i dlaczego tak się dzieje, widzi dramatycznie kurczące się oszczędności, zdaje sobie sprawę, że mogłaby może nie tyle wrócić do dawnego życia ile wrócić do życia w miarę normalnego, ale ignoruje to wszystko, jakby chciała zniszczyć samą siebie. 
Można też dopatrywać się w "Nocnych zwierzętach" krytyki upadku człowieczeństwa w ogóle, czego ucieleśnieniem jest dawna  koleżanka Tamary z pracy, pnąca się po szczeblach nic nie znaczącej kariery, skupiona na robieniu dobrego wrażenia, obsesyjnie dbająca o dietę i własne ciało, zdecydowanie niechętna wchodzeniu w normalne związki. 
Przypadkowe spotkanie tej dwójki doprowadzi do kulminacyjnego punktu powieści, jakby potwierdzając, że na szczerość w relacjach międzyludzkich nie ma co liczyć. 

Trochę mam z tą książką jak z "Morfiną" Twardocha - za dużo językowego szarżowania, za dużo napawania się panowaniem autora nad słowem. Ale Pustkowiak jest debiutantką, więc jej łatwiej wybaczam. Ogólnie bdb.

środa, 8 kwietnia 2015

Alicia Gimenez - Bartlett - "Puste gniazdo"



Kryminały Alicii Gimenez - Bartlett mają tę przewagę nad pozostałymi (których pełno na rynku), że są po prostu inne. Miejscem akcji nie są tu bowiem mgliste, zimne i ponure miasta chociażby Skandynawii, lecz tętniąca życiem, kolorowa, głośna, ciepła Barcelona. Miasto, w którym nie sposób się nie zakochać. 
Jest też mocny duet głównych bohaterów. Petra Delicado i podinspektor Fermin Garzon rozwiązują kolejne zagadki, choć często idzie im jak po grudzie. Mierzą się i z niedostatkami własnego warsztatu, i z opornymi przełożonymi, i z coraz sprytniejszymi przestępcami.

Uwielbiam Petrę Delicado, z jej mocną potrzebą samotności i posiadania własnej przestrzeni, z poplątaną przeszłością pełną byłych mężów i partnerów, którzy wyskakują jak diabeł z pudełka. 
W "Pustym gnieździe" mała dziewczynka kradnie pistolet inspektor Delicado - pistolet, który wkrótce powoduje śmierć tajemniczego mężczyzny. Jaki ma to związek z przemysłem pornograficznym i lokalnymi alfonsami i czy przy okazji pani inspektor może poznać kandydata na kolejnego męża?
Jak zwykle u Gimenez - Bartlett najlepiej wypadają dialogi między Petrą a Garzonem, które są błyskotliwe, zabawne i powodują, że chce się ich więcej i więcej. Ale kryminalna zagadka również trzyma w napięciu, a jej rozwiązanie nie jest wcale oczywiste. 
Jako wielka miłośniczka duetu Garzon - Delicado zdecydowanie polecam.

czwartek, 26 marca 2015

Lars Saabye Christensen - "Odpływ"



Przepiękna, mądra i świetnie napisana (i zapewne wspaniale przetłumaczona) książka, której fragmenty wciąż czytam sobie wyrywkowo choć skończyłam jej lekturę kilka tygodni temu.
Ciekawa jest już sama konstrukcja  - powieść jest podzielona na trzy części, przy czym każda z nich mogłaby być osobną książką albo obszernym opowiadaniem. 
Pierwsza część to opis lata 1969 roku - roku, w którym człowiek wylądował na Księżycu. Nastoletni Chris spędza z matką wakacje nad norweską zatoką. Choć co roku przyjeżdżają w to samo miejsce, tym razem jest trochę inaczej, po pierwsze nie towarzyszy im ojciec, po drugie Chris zamierza poświęcić się pisaniu poezji. Błyskotliwy i inteligentny, choć trochę wycofany z powodu fizycznej ułomności, chłopak przeżyje lato, które okaże się najważniejszym okresem w jego życiu. 

W środkowej części "Odpływu" autor robi zwrot i przenosi nas w zupełnie inne miejsce, zupełnie inny czas i całkiem inną historię. To opowieść o Franku Farellim, mieszkańcu amerykańskiego miasteczka jakby wyjętego z sennych koszmarów, który obejmuje posadę Pośrednika, czyli faceta od przekazywania ludziom złych wiadomości. Ta część tonie w ponurym nastroju i grozie, zmienia się nie tylko klimat, ale i styl narracji. Rozdźwięk między tymi dwoma fragmentami jest bardzo wyraźny. 
Lato Chrisa to słodko - gorzka opowieść o dorastaniu, pełna błyskotliwych metafor i dowcipu, opowieść o Pośredniku zaś pełna jest smutku, przygnębienia, atmosfery wszechogarniającej beznadziei. 

Na koniec Christensen znów pokazuje nam Chrisa - tyle, że teraz jest to starszy facet, który próbuje dojść do ładu z samym sobą i dlatego leci do Stanów na terapię w renomowanym zakładzie psychiatrycznym. On szuka odpowiedzi na pytania o sens i ciężar dawnych wydarzeń, my odkrywamy, że między trzema częściami "Odpływu" jest pewien związek. 

Zabieg z umieszczaniem powieści w powieści nie jest niczym nowym, oczywiście. Nieco rzadziej się zdarza, że ta powieść w środku powieści jest tak samo wciągająca jak właściwa historia ("Tony i Susan" Austina Wrighta to pierwsze co przychodzi mi do głowy), ale w przypadku Christensena to wszystko ma głęboki sens. Kiedy doczytamy "Odpływ" do końca, odkrywamy jak wszystko się zazębia i dopełnia. 
Jeśli o mnie chodzi to za absolutne mistrzostwo uważam początkowy opis wakacji. Nie mogłam, oczywiście, nie mieć skojarzeń z "Cudownymi dziećmi" Jacobsena, ale po namyśle stwierdzam, że to jednak zupełnie inne historie. 
Smak, zapach i wydarzenia pozornie beztroskiego lata, które okazuje się tak ważne dla bohatera, oddaje Christensen po prostu mistrzowsko. Jest tu i rodzący się bunt nastolatka, i pierwsza miłość, i niespodziewana, niechciana przyjaźń, i pełne podekscytowania oczekiwanie na zdobycie Księżyca, jest rozczulająca pewność, że tak, muszę być pisarzem i nikim innym. Jest fizyczna ułomność, której nie da się ukryć więc trzeba ją przykrywać pewnością siebie i błyskotliwymi ripostami. Są pierwsze poważne wybory, kiedy trzeba zdecydować wobec kogo jesteśmy lojalni. I zdrada, która może jest przyczyną początku końca czyjegoś życia, a może nie. Ciężar, który zostaje na zawsze. 
I to, co nie jest opisane wprost, bo dla dorastającego chłopca zachłystującego się pierwszym zauroczeniem i pochłoniętego pisaniem wiersza nie jest ani dostrzegalne, ani warte uwagi. Ale my jesteśmy dorośli i możemy się domyślać, że za usprawiedliwioną złamaniem nogi nieobecnością ojca kryje się małżeński kryzys. Że zajmująca się domem matka może nie zapisuje w tajemniczych notesikach tylko list zakupów i rzeczy do zrobienia. Że może poświęcenie siebie dla rodziny po czasie nie wydaje się już takim dobrym wyborem. 
To też historia o żalu za tym czego nie zrobiliśmy, nie powiedzieliśmy, do czego nie da się wrócić i co dręczy nas potem całymi latami.

"Dlaczego ja nigdy tego nie powiedziałem, że moja matka jest fajna i że jestem z niej dumny? Dlaczego te słowa tak mnie zawstydzały, że zatrzymywałem je w środku, dla siebie, tam gdzie nie było z nich żadnego pożytku? Nie wiem. Wiem tylko, że wszystkie puste słowa mogą się okazać trudne do wymówienia. A kiedy jest za późno, przychodzi ci do głowy jedno zdanie po drugim, które powinieneś był powiedzieć, ale nie powiedziałeś."

Piękna książka o czymś. Warta każdej poświęconej jej minuty. Lars Saabye Christensen ma we mnie wierną fankę.



poniedziałek, 23 marca 2015

Katarzyna Bonda - "Pochłaniacz"



Bardzo niezły polski kryminał, którego największą wadą okazuje się to, co początkowo do niego zachęca -  długość. Pod koniec już się całkiem solidnie nudziłam i wyczekiwałam ostatniej kropki. A początek był bardzo obiecujący, po początku pomyślałam o kurde, to jest tak napisane jak zachodnie kryminały, jakby się oglądało sensacyjny film. Do tego bohaterką jest kobieta, a ja (mimo miłości do komisarza Montalbano) bardzo lubię gdy detektywem jest kobieta, a jeśli jeszcze dobrze napisana to och. 

U Bondy w roli detektywa występuje Sasza Załuska, znana profilerka niegdyś zatrudniona w policji, potem robiąca karierę naukową zagranicą. W konkursie na najlepszych bohaterów powieści kryminalnych zdobywa sporo punktów - jest samotną matką, walczącą o trzeźwość alkoholiczką, obarczoną toksyczną rodziną, ma też na koncie dwuznaczną relację z przestępcą, do tego jest bardzo inteligentna i nieźle wygląda. Tuż po powrocie do Polski (czas zmierzyć się z przeszłością i dojść z życiem do ładu) Sasza dostaje ciekawą propozycję pracy. Szybko okazuje się, że coś tu nie gra i intratne zlecenie jest tak naprawdę miną, podkładaną przez nie wiadomo kogo, nie wiadomo po co i nie wiadomo kiedy mającą ostatecznie wybuchnąć.
To, co ma być pracą polegającą na wytropieniu konkretnej osoby, szybko zmienia się w poszukiwanie mordercy. W dodatku całkiem świeża sprawa zabójstwa najwyraźniej powiązana jest ze zniknięciem dwojga nastolatków w latach 90tych. 

Zarówno przestępczy półświatek sprzed dwudziestu lat, jak i samo śledztwo opisuje Bonda bardzo rzetelnie, cały ten policyjny i gangsterski slang, którym posługują się bohaterowie brzmi wiarygodnie (na tyle na ile mogę to ocenić z pozycji osoby, której zetknięcie się z tym środowiskiem ogranicza się do regularnego oglądania  "The Heat") i wierzę, że autorka poświęciła mnóstwo czasu na dopracowanie szczegółów. I tak sobie tę książkę czytałam najpierw z entuzjazmem i wypiekami na twarzy, potem po prostu z przyjemnością, a w końcu zaczęłam się łapać na tym, że się nudzę, a myślami jestem zupełnie gdzieś indziej. Jak dla mnie zatem - niepotrzebnie "Pochłaniacz" jest tak długi. A druga sprawa, że to co mogło być naprawdę interesujące, czyli szukanie śladów sprawcy zbrodni po zapachu, opisane jest akurat tak, że w ogóle nie wzbudza zaciekawienia i stanowi absolutny margines historii.

Mimo to uważam "Pochłaniacza" za dobrze napisaną, trzymającą się kupy i przemyślaną książkę, całkiem niezłą w swoim gatunku. I dlatego czekam na kolejne części.


poniedziałek, 23 lutego 2015

Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz - Oboładze - "Czarny Anioł"



Byłam dzieckiem kiedy czytałam "Zabić ptaka" Ewy Ostrowskiej i to był pierwszy raz kiedy zetknęłam się z nazwiskiem Ewa Demarczyk. Minęło kilka kolejnych  lat zanim usłyszałam jej muzykę i jeszcze kilka zanim zaczęłam ją rozumieć.

Największym plusem tej książki jest to, że nie goni za tanią sensacją. Autorki "Czarnego Anioła" zupełnie ignorują smakowite zapewne historyjki, dzięki którym ich książka mogłaby stać się czymś na kształt papierowej wersji pudelka. Opierają się wyłącznie na faktach i rozmowach z osobami, które miały okazję z Demarczyk współpracować i na tej podstawie opisują losy artystki, jej początki i rozwój kariery. 
Wyłania się z tej książki obraz artystki piekielnie zdolnej, ale też zakochanej w swoim talencie, coraz bardziej, coraz absurdalniej wymagającej, surowej. Twardą ręką prowadzącej swój zespół i zdającej się nie dostrzegać zmian - w tym nieuniknionej zmiany własnych warunków głosowych.

Wielka szkoda, że autorkom nie udało się porozmawiać z Ewą Demarczyk, ponieważ bez tego ich publikacja jest po prostu zbiorem znanych faktów i ocenzurowanych plotek i w gruncie rzeczy nie wnosi niczego nowego w pojmowanie wizerunku Czarnego Anioła. Doceniam ten brak nachalnej ingerencji w prywatne życie bohaterki książki, ale czego nowego dowiedziałam się z tej lektury? Niczego. Zabrakło mi tu tła osobistego, niezbędnego do zbudowania sobie jakiegoś całościowego wizerunku diwy - dowiedziałam się, że miała dwóch mężów, ale jak ich poznała, jak wpływały na jej karierę te związki?
Byłam pełna podziwu dla interpretacyjnego talentu Demarczyk i tak samo pełna podziwu jestem teraz, ale jak to się stało, że przestała śpiewać? Co ją do tego skłoniło? Czy to prawda, że straciła głos? Tego nie dowiedziałam się z tej książki, właściwie nie dowiedziałam się z niej niczego czego nie mogłabym sobie wyguglać w internecie. 
Dlatego uważam tę książkę za zbędną, ponieważ poza uporządkowaniem znanych faktów i zilustrowania ich stosownymi zdjęciami, nie wnosi niczego nowego w rozważania pod tytułem "kim jest Ewa Demarczyk?".

Nie rozumiałam Ewy Demarczyk wcześniej i nie rozumiem jej nadal, choć wciąż podziwiam jej talent.

piątek, 20 lutego 2015

Herbjørg Wassmo - "Księga Diny"



Odkąd lata temu obejrzałam ekranizację "Księgi Diny", marzyłam o przeczytaniu tej książki. Jej ceny w drugim obiegu były jednak zaporowe i dlatego trafiła w moje ręce dopiero teraz, kiedy ukazało się nowe wydanie.
Wyobrażałam sobie, że będzie to dzieło totalne, które mnie zachwyci i które zapamiętam na zawsze, dlatego teraz moje rozczarowanie jest takie duże. Bo owszem, powieść mi się dość podobała, ale nie ma mowy nie tylko o zachwycie, ale nawet o wzbudzeniu jakichś większych emocji. 

Tytułowa Dina jako dziecko spowodowała śmierć matki, co odbiło się na całym jej życiu. Odsunięta przez ojca, wychowywana trochę przez obcych ludzi, trochę przez siebie samą, Dina jest jak dzikie zwierzątko i pozostaje taka nawet kiedy dorasta. To kobieta żywioł, nieobliczalna, zmysłowa, namiętna, nie uznająca konwenansów, mająca za nic oczekiwania innych ludzi - ojca, męża, teściowej.  W świecie Diny to ona jest centrum wszechświata i ma to przełożenie na realne relacje, wpływ Diny na otoczenie jest bowiem przemożny. Ta silna, władcza kobieta, wzbudzająca w innych mieszankę lęku i nabożnego podziwu, jest jednak bardziej złożoną postacią, człowiekiem o bogatym życiu wewnętrznym, przez całe życie poszukującym odpowiedzi na pytanie kim jest. Kolejne role, które przyjmuje Dina - żony, córki, kochanki, kobiety interesu, matki, mają doprowadzić do tego właśnie, do określenia własnej tożsamości, odszukania wewnętrznego spokoju. 

Jest to bez wątpienia wnikliwy, wiarygodny psychologicznie portret kobiety, a jednak z jakiegoś powodu ta powieść nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Gdybym miała powiedzieć czy to dobra książka to pewnie odpowiedziałabym twierdząco, ale czegoś mi tu brakuje, z jakiegoś powodu postać Diny była mi właściwie obojętna, ani jej nie polubiłam, ani nie znienawidziłam i w zasadzie jej działania i losy niezbyt mnie obchodziły.
Tym co podobało mi się najbardziej było całe tło, wszystkie opisy codziennego życia i pracy w majątku męża Diny. Doskonale oddany jest klimat surowego, trudnego do okiełznania wybrzeża, opisy relacji między ludźmi, nierówny rozkład wpływów między kobietami i mężczyznami, wszystko opisane tak, że bez trudu można to sobie wyobrazić. 
Ale dla mnie to za mało. Może za dużo oczekiwałam, a może jest inny powód, ale mnie "Księga Diny" nie porwała.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Vladimir Nabokov - "Rozpacz"



W obcowaniu z książkami Nabokova najbardziej lubię to, że wymagają nieustannego myślenia. Te wszystkie labirynty wieloznaczności, literackich aluzji, to ciągłe wodzenie czytelnika za nos, ach. Jest to, uważam, proza wymagająca, ale przy tym w ogóle nie męcząca, dostarczająca niezwykłej rozrywki i satysfakcji.

"Rozpacz" to opowiadana w pierwszej osobie historia Hermanna, rosyjskiego wytwórcy czekoladek. Podczas służbowego wyjazdu do Pragi poznaje włóczęgę, który wygląda dokładnie tak jak sam Hermann. To spotkanie powoduje, że w głowie narratora rodzi się myśl, początkowo nieśmiała, potem coraz wyraźniejsza, aby wykorzystać to zdumiewające podobieństwo do popełnienia zbrodni doskonałej - przy czym nie ma to być zwykłe, ordynarne morderstwo, a akt prawdziwej sztuki. 
Owładnięty tą myślą Hermann zaczyna planować, obmyśla intrygę, która przechytrzy wszystkich i w końcu wprowadza swój plan w życie. A wtedy okazuje się, że przeoczył jeden ważny szczegół, od pierwszej chwili oczywisty dla innych... 

Trudno nie dać się porwać narracji Hermanna, rozważającego poszczególne aspekty planowanej zbrodni, trudno go, o zgrozo, nie polubić. Zanim zorientujemy się, że mamy do czynienia z bełkotem szaleńca, mija trochę czasu, a w tym czasie zdążymy poczuć i podziw dla inteligencji Hermanna, i docenić jego osobisty urok, i wreszcie pośmiać się z opisów kilku sytuacji. 

Fantastyczna lektura. Nie do przeczytania w biegu, raczej do delektowania się i odkrywania kolejnych smakowitych aluzji. Jeśli wymagacie od książki czegoś więcej niż tylko zgrabnie opowiedziana historyjka - szczerze polecam.