środa, 31 grudnia 2014

Simon Beckett - "Rany kamieni"



Swego czasu bardzo polubiłam cykl książek o doktorze Davidzie Hunterze, sądowym antropologu pomagającym rozwiązywać kolejne kryminalne zagadki. Chętnie kupiłam więc nową książkę Simona Becketta, zachęcona dodatkowo okładkowym zapewnieniem, że oto trzymam w rękach coś zupełnie odmiennego od wcześniejszych powieści autora. 

Podstawowa różnica jest taka, że w "Ranach kamieni" już nie spotkamy doktora Huntera. Szkoda, ponieważ nowy główny bohater wypada przy nim jakoś blado, mimo noszonej w sobie tajemnicy, której szczegółów nie poznajemy prawie do końca książki.
Poznajemy Seana kiedy ucieka. Przed czym? Tego nie wiemy, poczucie zagrożenia jest jednak mocno odczuwalne. Czy Sean ucieka przed niebezpieczeństwem czy przed wymiarem sprawiedliwości? Nie wiadomo. 
Przypadek sprawia, że trafia na zapuszczoną farmę gdzieś na francuskiej prowincji i od razu robi się dziwnie - bo niby jest tam gościem, ale jakoś bardziej przypomina to bycie więźniem, otoczenie i mieszkańcy farmy sprawiają wrażenie mocno podejrzanych, a mimo to Seanowi nie spieszy się z opuszczeniem tego miejsca. 

Atmosfera jest mroczna, kryminalna fabuła najpierw odkrywa przed czytelnikiem niepokojące wydarzenia, a potem znajduje ich rozwiązanie, ale całość wypada niestety marnie. Zupełnie jakby napisał to debiutujący pisarz, a nie facet, który stworzył serię naprawdę niezłych w swoim gatunku powieści, a przede wszystkim świetnego, pełnokrwistego bohatera - rezygnacja z Davida Huntera to chyba największy błąd Becketta. 
Nie znajdziecie w "Ranach kamieni" szczególnie wciągającej historii, nie znajdziecie interesującego głównego bohatera ani opisów tego, co dzieje się z ciałem po śmierci - czyli żadnej z rzeczy, za które ja sama polubiłam poprzednie książki Simona Becketta.
Tym razem niestety jest słabo. 

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Gillian Flynn - "Zaginiona dziewczyna"



Całkiem zacny kawałek literatury sensacyjnej. Nie słyszałam dotąd o Gillian Flynn, ale po tej lekturze mam ją na celowniku i na pewno przeczytam coś jeszcze jej autorstwa. 

Amy i Nick przeprowadzają się z Nowego Jorku na prowincję. W wielkim mieście im się nie powiodło, w małym mają szansę zbudować wszystko od nowa. W dniu piątej rocznicy ślubu Nick wraca z pracy i zastaje dom otwarty na oścież, rozłożoną deskę do prasowania, przypalający się czajnik i… ani śladu żony. 
Rozpoczynają się poszukiwania i policyjne śledztwo. Amy chcą znaleźć nie tylko jej najbliżsi, lecz także cała Ameryka - zaginiona jest bowiem pierwowzorem głównej postaci popularnej serii książek dla dzieci, piękną, mądrą dziewczyną, ucieleśnieniem amerykańskiego ideału. 
Dość szybko głównym podejrzanym zostaje Nick, z pozoru tak samo idealny jak żona, ale reagujący na sytuację co najmniej dziwnie. Kiedy należałoby okazać zdenerwowanie, on jest oazą spokoju. Kiedy inni płaczą, on demonstruje uśmiech hollywoodzkiego aktora. Kiedy oczekuje się od niego, że się załamie, on flirtuje z nieznajomymi kobietami. 

Narracja jest pierwszoosobowa i o tyle ciekawa, że z jednej strony poznajemy historię małżeństwa widzianą oczami Nicka, a z drugiej mamy okazję czytać dziennik Amy. Wyłania się z tego obraz kochającego się, dobrego małżeństwa, z jego małymi rytuałami i prywatnymi żartami, a jednak im głębiej w to wchodzimy tym mniej jesteśmy pewni co z tego ładnego obrazka jest prawdą i kto zmyśla, a kto mówi prawdę.

Powiem tak - gdy opinie w internecie są skąpe "żeby za dużo nie zdradzić" to dość łatwo domyślić się co będzie punktem zwrotnym w fabule. I faktycznie, moje przewidywania okazały się słuszne, ale i tak czytało mi się "Zaginioną dziewczynę" szybko i przyjemnie. Historia jest solidnie skrojona i przemyślana, a jeśli zbyt łatwa do rozszyfrowania - cóż z tego. 
Mam trochę pretensji do autorki, że nie obdarzyła swoich bohaterów bardziej indywidualnym językiem, tu każda z postaci mówi tak samo, nie ma w nich niczego charakterystycznego. Ale mimo wszystko ta książka spodobała mi się znacznie bardziej niż na przykład dzieła Camilli Lackberg. 
Chętnie przeczytam coś jeszcze pióra Gillian Flynn, a "Zaginioną dziewczynę" szczerze polecam - w kategorii literatury rozrywkowej naprawdę daje radę. 

wtorek, 2 grudnia 2014

Małgorzata Musierowicz - "Wnuczka do orzechów"



Wiedziałam, że przeczytam "Wnuczkę do orzechów", choć już od dawna Jeżycjada nie ma lekkości i uroku, w którym zakochałam się dziewczęciem będąc. Mam jednak do książek Małgorzaty Musierowicz wielki sentyment, kupuję więc kolejne tomy, nawet jeśli potem mi przykro, że zrobiło się to wszystko takie… nijakie. 
Te "dawne" części znam niemal na pamięć, nowszych, tak mniej więcej od "Kalamburki", zupełnie nie pamiętam. I tak samo będzie z "Wnuczką do orzechów", która - choć minimalnie lepsza od poprzedniego tomu - znów rozczarowuje. 

Tym razem akcja toczy się nie w poznańskim mieszkaniu Borejków, a na wsi, gdzie przypadkiem trafia Ida i jej siostrzeniec, podczas gdy reszta rodziny z okazji wakacji stacjonuje w niedalekim sąsiedztwie, gdzie (jakże szczęśliwym!) zbiegiem okoliczności mieszka Pulpecja z przyległościami. Głównymi postaciami stają się Józef, syn Idy, i Dorota Rumianek, która to dwójka ciąży ku sobie przez całą powieść, by w końcu (oczywiście) szczęśliwie się połączyć. O fabule nie bardzo jest co pisać, bo jak to ostatnio u Musierowicz bywa jest szczątkowa - choć i tak jest o niebo lepiej niż w "McDusi".

Główne zarzuty jakie mam nie tylko dla tej konkretnej książki, ale i dla kilku poprzednich to kompletne odklejenie bohaterów od rzeczywistości. O ile jestem w stanie zaakceptować uduchowionych Borejków (bo w końcu zawsze tacy byli) to zupełnie nie trafia do mnie wizja siedemnastolatki, która z rozkoszą zamyka się w wiejskim domu z dwiema babciami, ogarnia gospodarstwo, pomyka w koralach i drewniakach, a z internetu korzysta tylko po to by wysyłać listy do przebywającej zagranicą matki. Jasne, możliwe, że taka nastolatka by się zdarzyła, problem w tym, że u Musierowicz inne się nie trafiają, a jeśli nawet to na pewno nie jako pierwszoplanowe bohaterki. 
Nadzwyczaj irytujące są też stare, dobrze znane postacie. Zupełnie jakby z ciekawych indywidualności wyrosły pozbawione jaj, nijakie osoby. Wrażliwa, uduchowiona Natalia, która przecież była jakaś, teraz została kimś zupełnie przezroczystym, obdarzonym w dodatku nowym, głupim i niepotrzebnym przydomkiem. Energiczna Pulpecja niby nadal jest energiczna, ale przedstawiono ją tak jakby jej jedynym życiowym celem było nakarmienie rodziny. Ida, dobiegająca pięćdziesiątki pani doktor, ma styl bycia tępawego podlotka i takież dylematy, a młodsze pokolenie nie irytuje tylko dlatego, że w większości zostało wysłane zagranicę i w książce się nie pojawia.
Zdecydowanie uważam, że czas już najwyższy, by autorka uśmierciła seniorów Borejko, bo ich obecność staje się coraz bardziej nienaturalna - wszyscy się starzeją, a oni jakby zatrzymali się na jakimś etapie, choć lekko licząc powinni już być co najmniej po osiemdziesiątce. 
Słynny dydaktyczny smrodek to już chyba obowiązkowa część Jeżycjady i przy okazji "Wnuczki" nie jest inaczej. Znów zostajemy uraczeni zbiorem komunałów i życiowych prawd, z których wynika, że świat na zewnątrz jest zły, a ludzie, którzy wiedzą co jest najwyższą wartością (czyli rodzina i nauka łaciny oraz niechęć do tak zwanej kariery i zarabiania dużych pieniędzy) mieszkają na Roosevelta 5. 

Ogólnie ciekawa lektura - z jednej strony jesteśmy tu i teraz, a z drugiej całkiem jakby czytało się o zamierzchłej przeszłości. Zdaje się, że autorka widzi, że przemiany zachodzą, ale nie jest w stanie pogodzić się z ich istnieniem. Mam nadzieję, że pani Musierowicz dojrzeje wreszcie albo do zakończenia sagi, albo przynajmniej do przystosowania swoich bohaterów do aktualnych warunków. Chciałabym znów móc identyfikować się z postaciami z Jeżycjady, a nie czytać o nich jak o dziwacznych stworach z innej planety.


środa, 26 listopada 2014

Robert Galbraith - "Jedwabnik"



Druga powieść kryminalna z Cormoranem Strikiem w roli głównej. Po "Wołaniu kukułki" czekałam na ciąg dalszy z jednej strony z niecierpliwością, z drugiej z  lękiem czy aby ukrywająca się pod pseudonimem J.K.Rowling utrzyma poziom. Jest dobrze. Nie wiem czy lepiej, ale na pewno co najmniej tak samo dobrze.

Po poprzednio rozwiązanej sprawie, Strike wychodzi wreszcie na zawodową prostą i nie narzeka na brak pracy. Kolejne zlecenie ma dotyczyć odnalezienia zaginionego pisarza, trzeciorzędnego, ekscentrycznego autora, który niejednemu zaszedł za skórę. Po kilku dniach poszukiwań okazuje się, że chodzi nie tylko o zaginięcie, ale o brutalne, jakby rytualne zabójstwo. Kto zabił Owena Quine'a, dlaczego wypatroszył jego zwłoki i jaki ma to związek z książką, którą chciał wydać?
Szukając odpowiedzi na te pytania, Cormoran (z bystrą asystentką Robin u boku) penetruje środowisko londyńskich wydawców i pisarzy i szybko staje się jasne, że nie jest ono ani trochę nudniejsze od showbiznesowego. Dawne urazy, niewybaczone winy i wredny charakter ofiary - wszystko to sprawia, że śmierci Quine'a mógł pragnąć praktycznie każdy kto go znał. 
Strike nie ma łatwego zadania, tym bardziej, że poza prowadzeniem śledztwa próbuje także ogarnąć własne życie towarzyskie, znów mimochodem wplątując się w mały romans. Do tego Robin koniecznie chce zaprzyjaźnić go ze swoim narzeczonym, a jakby tego było mało niczym diabeł z pudełka wyskakuje eks dziewczyna detektywa, którą dręczą przedślubne wątpliwości. 
Słowem - dzieje się dużo i szybko.

Czyta się to świetnie, bardzo podoba mi się język jakim pisze Rowling - lekko, czasem zabawnie, wciągająco. Ciekawa jest drugoplanowa postać żony ofiary, świetna jest Robin - inteligentna, spostrzegawcza, z ambicją zostania detektywem i przywiązująca wielką wagę do tego, by jej szef i narzeczony przypadli sobie do gustu. Autorka dość mocno eksploatuje ten wątek, wydaje się więc, że w kolejnej części narzeczony niekoniecznie zostanie mężem, za to relacja dziewczyny z Cormoranem może się nieco zmienić. 
Czekam na kolejne części (mam nadzieję, że będą), a wam szczerze polecam "Jedwabnika". Do czytania w zimowe wieczory w sam raz.

wtorek, 28 października 2014

Roy Jacobsen - "Nowa woda"



Zamknięta społeczność małej, norweskiej wysepki, surowy klimat i mroczna atmosfera - w takiej scenerii umieścił Jacobsen akcję "Nowej wody".
Główny bohater to Jon, młody mężczyzna cierpiący na nie do końca jasne zaburzenia psychiczne, mieszkający ze starszą siostrą, miejscową nauczycielką pochłoniętą romansem z żonatym kolegą z pracy. Całymi dniami jest sam, włóczy się po wyspie albo siedzi w domu i nagrywa swoją kamerą niezrozumiałe filmy. Czeka na Lisę, dziewczynę, z którą spędził dzieciństwo, a która po prostu zniknęła z wyspy. Mówi się o tym, że uciekła do miasta, a jednak nikt jej nie szukał, nikt nie sprawdził czy taka wersja wydarzeń jest prawdziwa. 
Chłopak wierzy, że Lisa nigdy nie dotarła na stały ląd, a za jej zniknięciem kryje się jakaś straszna tajemnica, nikt jednak nie traktuje go poważnie.
Gdy w końcu na wyspie pojawia się policjant, to właśnie do Jona udaje się po pomoc. Przed nim bowiem ten kawałek zmrożonej ziemi nie ma żadnych tajemnic, to właśnie sprawiający wrażenie upośledzonego Jon wie wszystko o małych, brudnych sekretach swoich sąsiadów. 

Autor fenomenalnie balansuje pomiędzy powieścią psychologiczną a kryminałem, tu nic nie jest do końca jasne i dopowiedziane. Kim jest Jon? Wioskowym głupkiem czy przerażająco sprytnym szaleńcem? Co stało się z Lisą? Dlaczego siostra właściwie nie interesuje się chłopakiem, który teoretycznie jest pod jej opieką? 
Pozostaję pod wrażeniem języka Jacobsena, tych precyzyjnych, oszczędnych sformułowań, które oddają sedno sprawy i za pomocą których buduje niesamowitą atmosferę swoich książek. Wszystko tu jest nakreślone dokładnie tak jak powinno, każda postać, nawet nieobecna Lisa, opisana została tak, że bez trudu możemy ją sobie wyobrazić. 

Świetna, świetna książka. Marzę o tym, by przetłumaczono na polski więcej powieści Jacobsena.

poniedziałek, 20 października 2014

Karolina Korwin Piotrowska - "Ćwiartka raz"



Jasne, że kojarzę Karolinę Korwin Piotrowską z plotkarskich programów TVN, ale przede wszystkim pamiętam ją z telewizyjnego "Filmidła", które było niegdyś moim ukochanym programem i źródłem wiedzy o tym co warto zobaczyć, a co niekoniecznie, w czasach gdy internet był dla nas nieosiągalny i po prostu nie było gdzie sprawdzić co w trawie piszczy.
Cóż, czasy się zmieniły. Dziś wiemy już nie tylko co warto zobaczyć czy przeczytać, ale także kto z kim sypiał i dlaczego przestał i widzę to po sobie - wystarczy, że raz na jakiś czas zajrzę na pudelka i już wiem kim są panie o identycznie gładkich, tępych wyrazach twarzy, okupujące kanapy w programach śniadaniowych.

Autorka "Ćwiartki" zebrała w jeden tom najważniejsze wydarzenia popkulturalne ostatnich 25 lat. Jest tu wszystkiego po trochę - polityka, filmy, muzyka, celebryci i skandale. Można sobie przypomnieć związki, które niegdyś elektryzowały Polskę, a dziś są tylko wspomnieniem, można ponabijać się z mniej czy bardziej znanych osobistości i ich parcia do zwierzania się światu z absolutnie wszystkiego. 
Na pewno Piotrowska wykonała kawał pracy, przekopanie się przez prasowe archiwa sprzed lat wymagało sporo samozaparcia i czasu. Inna sprawa czy była to praca komukolwiek potrzebna. Efektem jest kompendium wiedzy celebrycko - popkulturalnej, całkiem ciekawy wehikuł czasu dla dzisiejszych trzydziestokilkulatków, dla młodszego pokolenia rzecz, obawiam się, zupełnie niewarta uwagi. 
Ja sama podczytywałam tę książkę przez kilka tygodni traktując ją jako przerywnik w nudnych pracach domowych i nie tylko. Nie dowiedziałam się z niej niczego ponad to co już wiem - że czasy się zmieniły, granica obciachu w świecie celebrytów została mocno przesunięta, a pojęcie prywatności pozostaje płynne.

Fajnie, że Piotrowskiej się chciało jakoś to wszystko uporządkować, acz rewolucji ta książka nie czyni. Choć do czytania "w przelocie", podczas gotowania na przykład - idealna.


piątek, 17 października 2014

"Śmiertelny talk show" - Alicia Gimenez - Bartlett



Jeśli ktoś czyta mojego bloga w miarę regularnie to wie, że uwielbiam Petrę Delicado i Fermina Garzona. Ta para policyjnych detektywów stworzonych przez Alicię Gimenez - Bartlett zapewnia mi znacznie więcej rozrywki niż banda ponurych, melancholijnych i zapijaczonych bohaterów o wiele bardziej poczytnych kryminałów, choćby skandynawskich. 

W "Śmiertelnym talk show" Petra i Fermin mają rozwiązać sprawę morderstwa gwiazdy telewizji. Ofiarą jest antypatyczny dziennikarz, autor programu ujawniającego słabości i brudne sekrety hiszpańskich celebrytów, facet jeśli nie znienawidzony to przynajmniej dla wielu mocno niewygodny. Jego śmierć jest na rękę tak wielu osobom, że odnalezienie sprawcy stanowi prawdziwe wyzwanie. Zwłaszcza kiedy okazuje się, że morderca nie powiedział jeszcze ostatniego słowa…
Trup ściele się gęsto, Petra i Fermin poruszają się po omacku w kompletnie obcym dla siebie otoczeniu, w dodatku jak zwykle muszą się zmagać z prywatnymi problemami, a przełożeni oczekują szybkich wyników, słowem - nie jest lekko.

W kryminałach Gimenez - Bartlett lubię kilka rzeczy. Akcja dzieje się w mojej ukochanej Barcelonie, od strony intrygi wszystko jest zawsze dobrze dopracowane, a najbardziej chyba lubię chemię między detektywami. Garzon, pan w starszym wieku, z brzuszkiem i nieco staroświeckim podejściem do życia i Petra, dwukrotna rozwódka obdarzona niewyparzonym językiem i niewyczerpanymi pokładami energii - ta dwójka nie mogłaby chyba bardziej się od siebie różnić, a jednak świetnie się dogadują. Pełne docinków i drobnych złośliwości dialogi to jeden z najmocniejszych punktów całej serii. 
Jednak pod warstwą niezłego kryminału kryje się coś więcej. Historia o samotnej kobiecie, która zmuszona przez okoliczności nie ma innego wyjścia jak stać się wymagającą heterą, a także opowieść o samotności w wielkim mieście i próbach jej oswojenia. Czy łatwiej być z kimś i godzić się na kompromisy czy wybrać samotność równoznaczną z brakiem wsparcia w trudnych chwilach? W świecie Petry i Fermina żaden związek nie jest na zawsze, może więc lepiej postawić na szorstką przyjaźń niż ryzykować kolejne rozczarowania?

Jeśli lubicie kryminały serdecznie polecam cały cykl książek Gimenez - Bartlett. To dobrze napisana, zabawna literatura doskonała na złapanie oddechu. 


poniedziałek, 6 października 2014

Kate Morton - "Milczący zamek"




Całkiem przyjemna powieść z klimatem, choć od razu powiem, że czytany dawniej "Dom w Riverton" tej samej autorki przypadł mi do gustu znacznie bardziej. Jednak i "Milczący zamek" zaliczam do książek może mało ambitnych i niewymagających, ale jednak czytanych z przyjemnością, taka lektura w sam raz na złapanie oddechu po ciężkim dniu.

Młoda redaktorka pewnego wydawnictwa za sprawą listu adresowanego do jej matki trafia na ślad fascynującej historii z przeszłości. Oto w czasach wojny rodzicielka Edith była jednym z dzieci ewakuowanych z niebezpiecznego Londynu na prowincję. Trafiła do zamku zamieszkałego przez trzy dorosłe siostry i ich ekscentrycznego ojca, znanego pisarza. Teraz, po latach, zagadkowa niechęć matki do wspominania czasów młodości jeszcze bardziej rozbudza ciekawość Edith, która postanawia odkryć jakie tajemnice skrywa przeszłość i zamek Mildehurst - obecnie stylowa ruina, w której wciąż mieszkają siostry Blythe, aktualnie zgrzybiałe staruszki.
I w rozmowach, i w ogólnej atmosferze zamku nasza romantyczna Edith wyczuwa jakieś drugie dno i powoli, mozolnie zaczyna się do niego dokopywać. A wszystko ma związek z największym literackim dziełem ojca panien Blythe i niejasną historią miłosną najbardziej fascynującej z sióstr.

Czyta się to całkiem miło, aczkolwiek rzecz jest nieco może zbyt rozwlekła. Pewnym rozczarowaniem jest też fakt, że wielka tajemnica tropiona przez Edith na kilkuset stronach okazuje się banalna i ani trochę nie wstrząsająca. Ale i tak plus za klimat - jest trochę gotycko, trochę romantycznie, dość stylowo. 
Bez ochów i achów, ale na długie jesienne wieczory jak znalazł.


czwartek, 25 września 2014

Zadie Smith - "Londyn NW"



Podobno najlepiej pisać o tym co zna się najlepiej i tak właśnie zrobiła Zadie Smith, zawężając miejsce akcji swojej najnowszej powieści do dzielnicy, którą zna jak własną kieszeń. Północ Londynu, niby jakby przedmieścia, ale sąsiadujące z centrum, miejsce zamieszkane głównie przez emigrantów. Jeśli wierzyć Smith - raczej ponure blokowisko z wyrastającymi gdzieniegdzie oazami zieleni.
Z tym miejscem związana jest czwórka bohaterów, dwie kobiety i dwóch mężczyzn w okolicy trzydziestki. Dawniej szkolni znajomi, dziś będący w różnych miejscach życia, jedni spełniający wciąż te same młodzieńcze marzenia, inni z konieczności przystosowani do sytuacji, której nie przewidzieli.

To książka o tym jak, mimo takiego samego startu, różnie mogą potoczyć się ludzkie losy.  Keisha, która tak bardzo chce się odciąć od miejsca, z którego pochodzi, że zmienia nawet imię, robi błyskotliwą karierę prawniczą. Jej szkolna przyjaciółka Leah, pracuje w fundacji charytatywnej, gdzie ani nie wykorzystuje swojego potencjału, ani tym bardziej dobrze nie zarabia. Pozornie zaprzyjaźnione, kobiety tak naprawdę specjalnie za sobą nie przepadają, a ich relacja podtrzymywana jest właściwie z przyzwyczajenia. Żadna nie rozumie wyborów drugiej, obie odkrywają, że tak naprawdę nie chcą żyć życiem jakie wiodą. 
Jest jeszcze Nathan i Felix. Pierwszy z nich, niegdyś szkolna gwiazda i obiekt uwielbienia szkolnych koleżanek, dziś bezdomny narkoman. I drugi, niespełniony artysta, któremu wreszcie zaczyna się układać - dopóki los z niego nie zakpi. 

Wzajemne relacje tej czwórki plączą się i mieszają ze sobą, a autorka opisuje je z perspektywy każdego z bohaterów, co z jednej strony pozwala nam spojrzeć na świat oczami każdego z nich, z drugiej - nikogo nie poznajemy dobrze i do końca. 
Nie ma w tej powieści żadnych fajerwerków, ja widzę ją po prostu jako lekko rozmytą, momentami chaotyczną, choć jednak gdzieś składającą się w całość opowieść o zwykłych, normalnych ludziach z ich mniejszymi i większymi dramatami, którzy wciąż nie do końca wiedzą kim chcą być kiedy dorosną.
Dobra robota.

środa, 17 września 2014

Yoyo Moyes - "Zanim się pojawiłeś"



Nie poświęciłabym tej książce ani minuty uwagi (głównie z powodu tytułu i okładki) gdybym nie pamiętała fali pozytywnych recenzji, jaka przetoczyła się przez książkowe blogi długie miesiące temu. A z tej fali zapamiętałam przede wszystkim, że o książce Yoyo Moyes pisały dobrze nawet te osoby, które - całkiem tak jak ja - nie pałają sympatią do tak zwanej literatury kobiecej. Dlatego w końcu, trochę przy okazji,  kupiłam tę powieść.

Lou jest uroczym lecz nieporadnym nieudacznikiem. W wieku 27 lat nadal mieszka z rodzicami, właśnie straciła pracę w kawiarni, a do tego tkwi w związku z facetem, który nieprzesadnie się nią interesuje, na pewno też nie jest jej wielką miłością. 
Szukająca nowego zajęcia Lou dostaje ofertę pracy jako opiekunka niepełnosprawnego mężczyzny, którym okazuje się Will - do czasu wypadku hiperaktywny yuppie uprawiający wszystkie możliwe sporty, śpiący na pieniądzach, przystojny pożeracz niewieścich serc. Po wypadku po prostu człowiek na wózku, sparaliżowany, wymagający nieustannej opieki i zdecydowany pożegnać się z życiem, które utraciło sens i smak. 
Spotkanie tej dwójki jest, o dziwo, całkiem interesujące, bo oto w życie zrezygnowanego (lecz doskonale wiedzącego czego chce) faceta na wózku wkracza dziewczyna o wielkim potencjale, który najprawdopodobniej nigdy nie rozkwitnie, z jednej strony pełna życia i szurniętych pomysłów, z drugiej już nauczona przez los, że nie zawsze układa się po naszej myśli.
Oczywiście tę dwójkę, pomimo początkowej niechęci, połączy specyficzna więź. Nie ma zaskoczeń, bo to jednak powieść bardzo konkretnego gatunku, skoro jest książę, choćby i nadszarpnięty przez życiowe zakręty, to musi być i księżniczka, i pewne utarte scenariusze.

Ale, o zgrozo, jakoś tak jest to napisane, że nie tylko nie powoduje zgrzytania zębami, ale wręcz nieświadomy uśmiech i jakoś tak wciąga, i nie irytuje, i w ogóle jest bardzo pozytywnie. Całość zmierza do smutnego, acz wielce wzruszającego finału - przyznaję, nawet ja uroniłam ze trzy łzy.
I taka to jest rzecz, że niby nic szczególnego, a na pewno nic oryginalnego. W związku ze stanowiącym istotną część fabuły problemem eutanazji przez niektórych uznawana za ważną, mocną książkę - ja uważam, że to wciąż kategoria czytadeł. Ale czytadeł dobrze napisanych, bez pretensji (mam wrażenie, że niektórzy niepotrzebnie dorabiają tam trzecie sensy i drugie dna), czasem zabawnych, a czasem autentycznie wzruszających, z niezłą postacią Lou, której nie sposób nie polubić i ze świetnym Willem, którego nie można nie szanować za determinację i samoświadomość.
Ta książka dała mi dwa wieczory zdumionych wzruszeń i zainteresowania losami bohaterów, a to znacznie więcej niż dostaję od popularnych czytadeł jeśli już na nie trafiam. I choć nie jest to coś co dostarcza materiału do długich przemyśleń i siedzi człowiekowi w głowie miesiącami, to na pewno nie jest też stratą czasu.
Z czystym sercem polecam - wielbicielkom gatunku spodoba się na pewno, a niewielbicielki  pozytywnie zaskoczy. 

środa, 10 września 2014

Robert Galbraith - "Wołanie kukułki"



Po wielkim sukcesie książek o Harrym Potterze, J.K. Rowling wzięła się za pisanie dla starszego odbiorcy. Jej pierwsza powieść dla dorosłych zebrała mieszane recenzje, czyli z jednej strony bez zachwytów, ale z drugiej bez mieszania z błotem i w ogólnym rozrachunku przeszła raczej bez echa.
W drugim podejściu pisarka zmierzyła się z nowym dla niej gatunkiem, kryminałem, i pod pseudonimem wydała pierwszą część zaplanowanego cyklu przygód prywatnego detektywa, Cormorana Strike'a. Nie wiadomo czy napięcia nie wytrzymał wydawca czy sama Rowling, w każdym razie po zaledwie kilku miesiącach od ukazania się książki na rynku, kiedy stało się jasne, że sprzedaż jest bardzo słaba, objawiono światu, że za nazwiskiem Galbraith skrywa się tak naprawdę autorka szaleńczo popularnego cyklu o Potterze. I poszło już z górki.
Piszę o tym, bo ta sytuacja doskonale pokazuje w jakiej kondycji jest rynek wydawniczy, nie tylko brytyjski, ale także nasz - i że o ile znane nazwisko właściwie gwarantuje wysoką sprzedaż książki nawet jeśli jest ona chłamem, to debiutujący autor ma nikłe szanse na przedarcie się do masowej świadomości i nieważne, że napisał coś dobrego.

Bo "Wołanie kukułki" jest naprawdę dobre w swoim gatunku. Od pierwszych stron klimat tej opowieści nieodparcie kojarzy się z kinem noir, a przy tym zupełnie nie ma się wrażenia obcowania z tanią podróbką tylko z czymś co doskonale gra pewną konwencją. Kryminalna intryga, choć zszyta solidnymi nićmi, nie ma tu większego znaczenia, bo sercem tej książki są postacie - pierwszoplanowy detektyw, obdarzony odpowiednio traumatyczną przeszłością i męczącą eks narzeczoną - a także drugoplanowa asystentka Cormorana, wynajęta przez agencję pracy tymczasowej na chwilę, a jednak angażująca się w sprawy szefa z wielką werwą i autentycznie pomocna.
O dziwo jakoś zupełnie nie ma znaczenia fakt, że dość szybko udaje nam się rozwikłać zagadkę śmierci pięknej modelki, którą to sprawą Cormoran Strike ma się zająć na zlecenie brata ofiary. Mimo, że moje pierwsze podejrzenia okazały się słuszne, czytałam "Wołanie kukułki" z autentyczną przyjemnością, dając się wciągnąć klimatowi opowieści.
Duże zaskoczenie, znacznie większa radość lektury niż przy okazji Pottera. A dobra wiadomość jest taka, że jeszcze w tym miesiącu na polskim rynku ukaże się drugi tom przygód Cormorana Strike'a. Przeczytam na pewno.

poniedziałek, 8 września 2014

Jerzy Pilch - "Pod Mocnym Aniołem"



Alkoholizm w wersji hard. Bez romantycznych i miło się kojarzących opisów picia wina przy dźwiękach jazzu, za to z zarzyganą pościelą, tygodniami stanowiącymi czarne dziury w pamięci, brudem, smrodem i beznadzieją. Pilch opisuje codzienność alkoholika będącego już właściwie na dnie nałogu. Powtarzające się z zadziwiającą regularnością pobyty na oddziale dla deliryków nie mają na celu wyleczenia narratora z nałogu lecz tylko doprowadzenie go do stanu gdy organizm, hojnie nafaszerowany brakującymi składnikami odżywczymi, będzie w stanie w miarę normalnie funkcjonować. W uwolnienie od nałogu nie wierzą ani współtowarzysze bohatera, ani jego lekarz, ani nawet on sam. 
Oddział dla deliryków to zbiorowisko fascynujących postaci i scena dla ich występów. Narrator/autor traktuje pacjentów jak postacie w literackim utworze, nadaje im chwytliwie brzmiące przydomki i opisuje ich losy jakby byli bohaterami kolejnej książki. Siebie też tak traktuje, jednak o ile w przypadku innych jest brutalny, o tyle o sobie pisze nieco inaczej, jakby mimo wszystko był kimś lepszym. Czym bowiem są pijackie ekscesy byle fryzjera w porównaniu z facetem żyjącym z pisania, który przy łóżku z brudną od potu pościelą trzyma dzieła Prousta czy Manna?
Snuje więc Pilch swoją opowieść, opisując jakby mimochodem swojego bohatera, który zaraz po wyjściu z odwyku dziarskim krokiem zmierza do knajpy "Pod mocnym aniołem", by następnie kontynuować picie do nieprzytomności we własnym mieszkaniu, we własnym towarzystwie. 
Napisane jest to lekko i ze swadą, łatwo zapomnieć, że ma się do czynienia z historią totalnego upadku człowieka. Niby jest dla niego nadzieja, ale czy miłość, w której narrator znajduje odkupienie nie jest aby kolejnym wytworem jego pijackiej wyobraźni?

To nie jest pierwsza książka Pilcha, którą przeczytałam, ale pierwsza, która pozostawiła we mnie wrażenie, że pisarz chciał popisać się swoim talentem. Jakby koniecznie chciał pochwalić się zdolnością do układania pięknych, zgrabnie płynących fraz i jakby to było ważniejsze od tematu. 
Uważam więc "Pod Mocnym Aniołem" za rzecz poruszającą, lecz nie do końca wiem czy wierzę w jej szczerość. Na pewno warto przeczytać, po tej lekturze na długo przechodzi ochota na zbyt swobodne traktowanie picia. 

środa, 3 września 2014

Agatha Christie - "A.B.C."



Po długiej przerwie znów sięgnęłam po kryminały Agathy Christie - tyle ich jest, że mam na półce jeszcze całkiem sporo nieprzeczytanych.
Tym razem Herkules Poirot ma do rozwiązania sprawę zagadkowego, seryjnego mordercy. Wybiera on przypadkowe ofiary i zabija je w porządku alfabetycznym, a jego motywy pozostają dla detektywów prowadzących sprawę wielką niewiadomą.
"A.B.C." różni się trochę od książek z Poirotem, które już czytałam. Narratorem jest bowiem nie sam detektyw, a jego przyjaciel, który pomaga mu w rozwikłaniu zagadki i to z jego perspektywy obserwujemy śledztwo. Całkiem ciekawy zabieg, dzięki któremu możemy przyjrzeć się Poirotowi trochę z boku. A jest co obserwować, bo pan Poirot poza oczywistym talentem do rozwiązywania kryminalnych spraw jest wielce interesującą osobą. Trochę zakochany w sobie, próżny na tyle, by farbować siwe włosy i przekonany o własnej nieomylności - potrafi być naprawdę wkurzający, a jednocześnie jego zdolności budzą respekt otoczenia.
Poza tym Christie to Christie - jej książki zawsze czyta się błyskawicznie i z przyjemnością i nie inaczej było tym razem. Bardzo fajny, klimatyczny kryminał na jeden wieczór, czysta przyjemność lektury.

poniedziałek, 1 września 2014

Ignacy Karpowicz - "Ości"



Po długim urlopie trudno wraca się do codziennej rutyny, oj trudno. Sierpień mocno mnie rozleniwił. Przeczytałam tego lata kilka książek, w tym cykl o Harrym Potterze (jednak!), ale do pisania o wrażeniach z lektur "na świeżo" jakoś nie mogłam się zmotywować. 

Jeszcze w lipcu po raz pierwszy zetknęłam się z prozą Ignacego Karpowicza, mocno popularnego, a jednak dotąd jakoś mi to nazwisko umykało. Książka jak puzzle, w której losy kilkorga postaci żyjących współcześnie w dużym mieście przeplatają się ze sobą, a czasem tylko o siebie ocierają. Bohaterowie Karpowicza to niezły miks oryginałów i postaci wystających nieco ponad przyjętą normę. Mamy tu gejów, szczęśliwą - nieszczęśliwą mężatkę rozmawiającą z domową fretką, zaradnego biznesmena, ojca i męża, prowadzącego drugie życie jako drag queen. Wszyscy uwikłani w skomplikowane relacje, żyjący w podwójnych związkach, łaknący więcej i lepiej - budują nowe, ale wcale nie chcą rezygnować z tego co już mają. Nawet jeśli małżeństwo przechodzi kryzys to nie po to żeby się rozpaść, lecz by ostatecznie powiększyć rodzinę o kolejnych członków - kochanka żony i nową miłość męża.
Jest to więc powieść o więziach, ale i o stereotypach, uprzedzeniach, skłonności do etykietowania wszystkiego. I w tym kontekście Karpowicz przygląda się wzajemnym relacjom swoich bohaterów, którzy teoretycznie, tkwiąc w pułapce własnych uprzedzeń i przekonań, nie powinni się do siebie zbliżyć, a jednak to się dzieje. Niektórzy potrafią te uprzedzenia nazwać, inni postanawiają udawać, że nie widzą problemu i mimo tego świadomego zakłamania potrafią żyć szczęśliwie w nowej sytuacji.
Trochę nie przekonuje mnie łatwość życia nieprzeciętnych bohaterów "Ości", to, że geje nie spotykają się z chamskimi uwagami, a skomplikowane damsko męskie układy nie budzą podejrzanych spojrzeń sąsiadów. Może dlatego, że rzecz dzieje się w stolicy? To jednak jedyne co mi lekko zgrzytało.
Poza tym powieść czyta się świetnie, jest zabawna, czasem wzruszająca, napisana świeżym, ciekawym językiem. 
Jeszcze się spotkamy, panie Karpowicz.

środa, 16 lipca 2014

Joyce Carol Oates - "Tatulo"




W powieściach Joyce Carol Oates nie ma łatwych tematów. Zniewolenie, gwałt, śmierć kogoś bliskiego, poszukiwanie własnej tożsamości, z pewnością po książkach tej od lat typowanej na kandydatkę do literackiego Nobla pisarki, nie należy spodziewać się lekkiej i przyjemnej rozrywki. 
Tym razem pisze o pedofilii. Kilkuletni Robbie zostaje porwany na parkingu przed centrum handlowym, a jego matka prawie przypłaca życiem próby uratowania synka. Scena porwania zajmuje kilka pierwszych rozdziałów, w każdym opisywana jest z nieco szerszej perspektywy, a taki zabieg zmusza czytelnika do przeżywania tego wydarzenia za każdym razem od nowa, z zadziwiająco dojmującym poczuciem bezsilności. 
Robbie staje się łupem seryjnego mordercy i pedofila, społeczeństwu znanemu jako Chester,  kaznodzieja jednego z dziwacznych, amerykańskich Kościołów. Nie budzący niczyich podejrzeń Chester co jakiś czas objawia światu swojego nowego syna, za każdym razem mając sensowne wytłumaczenie nagłego pojawienia się w jego życiu kolejnego cztero czy pięciolatka.
Mały Robbie, brutalnie rozłączony z rodzicami, zostaje ofiarą Tatula (tak każe na siebie mówić porywacz). Jego wspomnienia mają ulec zatarciu, chłopiec ma uwierzyć, że rodzice go porzucili, a jego prawdziwym i jedynym rodzicem jest Chester, ten sam, który zadaje mu straszne, fizyczne i psychiczne tortury. Robbie staje się tresowanym zwierzątkiem Tatula, zaznając nie tylko seksualnego, brutalnego  wykorzystywania, ale i całej gamy innej przemocy, a jego młody umysł coraz mniej pamięta prawdziwych rodziców. 

Pomijając wstrząsające opisy losów Robbiego, w powieści Oates jest również kilka wspaniałych portretów psychologicznych. Pisarka doskonale oddaje cierpienie Dinah i Walta, rodziców chłopca, kochającej się i szczęśliwej pary, dla której to jedno wydarzenie staje się najważniejszym punktem w życiu i początkiem końca ich związku. Przez sześć lat próbują oswoić myśl o utracie synka, jednak oddalenie, mimo wspólnie przeżywanego bólu, jest nieuniknione. 
Fenomenalny portret dziecka, wyrwanego ze szczęśliwego, dobrego domu i zmuszonego do życia w rzeczywistości pełnej bólu i nieustannego strachu, ale i świetny obraz kochającej rodziny zniszczonej przez jedną, traumatyczną chwilę.
Choć ostatecznie Robbie zostaje uwolniony to Oates raczej nie pozostawia złudzeń - nie ma tu miejsca na szczęśliwe zakończenie. Dla chłopca jego rodzice to już obcy ludzie, a traumatyczne zdarzenia na zawsze wykrzywiły jego psychikę. 
Jedna chwila, jeden przypadek potrafią doszczętnie zniszczyć nam życie, a przetrwanie bywa po prostu niemożliwe.
Kolejna świetna odsłona twórczości Joyce Carol Oates.


poniedziałek, 7 lipca 2014

Jonathan Franzen - "Wolność"




Przygodę z Franzenem zaczęłam trochę naokoło - najpierw przeczytałam "Korekty", a dopiero potem sięgnęłam po "Wolność", która podobno zrobiła z pisarza gwiazdę, a na pewno przysporzyła mu oddanych fanów w Polsce.
Od razu powiem, że "Korekty" podobały mi się dużo bardziej, więcej w nich było lekkości i dowcipu, choć nie była to książka o niczym. 

W "Wolności" Franzen bierze pod lupę rodzinę Berglundów i opowiada nam jej losy na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Ona to Patty, zbuntowana córka zamożnych, poukładanych rodziców, najmniej udane z dzieci. Zamiast kariery naukowej czy artystycznej Patty wybiera sport - świetnie radzi sobie w uniwersyteckiej drużynie koszykówki, jednak pechowa kontuzja na zawsze przekreśla szanse dziewczyny na profesjonalną karierę sportową. 
On ma na imię Walter i jest zaradnym młodzieńcem z głową nabitą politycznymi ideałami, aktywnie działającym w obszarze szeroko pojętej ochrony środowiska.
Związek tej dwójki jest trochę przypadkowy. Patty godzi się na ślub z Walterem właściwie głównie dlatego, że została odtrącona przez jego przyjaciela Richarda, w którym się podkochuje. Decyduje się więc na stworzenie modelowej rodziny z facetem, który ją wielbi i ten model wydaje się sprawdzać przez lata. Do momentu, kiedy okazuje się, że na dłuższą metę nie da się udawać ideałów bez szkody dla zdrowia. 
Patty pogrąża się w piciu, depresji i bezsensownym romansiku z Richardem, Walter, niegdyś gotowy oddać życie za naturę, pracuje dla branży węglowej, dzieci dorosły i odcięły się od rodziców. W życiu Berglundów pojawia się także piękna kobieta, będąca z jednej strony szansą Waltera na spełnienie marzenia o romantycznej relacji, z drugiej - pretekstem dla Patty do wyrwania się z nudnego, okrzepłego związku.
Tytułowa wolność w powieści Franzena koncentruje się na wolności wyboru i konsekwencjach tych wyborów. Czy lepiej rzucić się w romans z mężczyzną, którego od lat darzy się uczuciem, czy spasować dla dobra rodziny? A może w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że swoboda wyborów jest tak naprawdę pułapką, w której dobrowolnie się zamykamy?

Na plus jest wątek małżeński, z całą panoramą wzlotów, upadków, kłamstewek, przewinień i przywiązania. Na plus jest też drugi plan, z portretem Richarda, wiecznego chłopca niechętnego zobowiązaniom. Zasługują też na uwagę postaci dzieci Berglundów - początkowo mocno zbuntowanego chłopca, który ostatecznie okazuje się wierną kopią swoich rodziców i jego siostry, robiącej co możliwe by odciąć pępowinę, a jednak ciągle ściąganej w orbitę popapranych relacji swoich bliskich. 
Jonathan Franzen najwidoczniej chce pisać powieści trochę klasyczne, jak Irving czy Yates, nie eksperymentuje z formą ani językiem tylko rzetelnie opowiada swoją historię nie siląc się na zwięzłość. To wszystko sprawia, że jestem na tak, jestem w końcu fanką takiego wielostronicowego snucia opowieści. Podoba mi się, że na przykładzie jednej rodziny autor kreśli tak naprawdę obraz całego społeczeństwa.
Co mi natomiast nie odpowiada, to brak emocji. O ile w "Korektach" obchodzili mnie bohaterowie i ich losy, o tyle tym razem nic z tego. Są sobie, coś robią, coś mówią, bywają irytujący, ale na dłuższą metę nie interesowało mnie jak potoczą się ich losy. Mam pewne obawy, że taki po prostu jest styl Franzena, i że to co zachwyciło mnie przy pierwszym zetknięciu z jego prozą, przy każdym kolejnym będzie coraz bardziej nużące. 

Ostatecznie więc wydaje mi się, że "Wolność" może robić wrażenie na tych, dla których będzie to pierwsze spotkanie z autorem. Pozostałym lektura pewnie sprawi przyjemność, jednak raczej bez szczególnych zachtywów. 
Co do mnie, wrażenia są raczej letnie.

środa, 25 czerwca 2014

Laurent Gaude - "Huragan"



Kameralna i stonowana opowieść o wielkich emocjach, których tłem jest huragan Katrina. Kilkoro bohaterów, kilka trudnych historii. Samotna matka, nie potrafiąca kochać swojego synka. Stara Murzynka, która żyje dość długo, by pamiętać nienawiść białych do czarnych i która z upodobaniem jeździ miejskimi autobusami, tymi samymi, do których kilkadziesiąt lat wcześniej nie miała wstępu. Ksiądz, który co tydzień odwiedza miejscowe więzienie, by głosić słowo boże, tak naprawdę przesiąknięty obrzydzeniem i nienawiścią do "czarnuchów". I mężczyzna, którego dręczą wspomnienia strasznego wypadku na platformie wiertniczej, przez co nie jest w stanie normalnie żyć.
Na wieść o zbliżającym się do Nowego Orleanu huraganie postanawia natychmiast tam pojechać, by odszukać kobietę, którą kiedyś kochał.
Potężny żywioł nieubłaganie nadciąga, z jednych wydobywając to co najlepsze, dla innych stanowiąc usprawiedliwienie do popełniania najbardziej plugawych uczynków.

Gaude pisze bardzo prosto i oszczędnie, bez histerii. Taki styl doskonale sprawdza się w historiach jak ta, które mają taki ładunek emocji, że nie potrzebują już dodatkowych fajerwerków w postaci wydumanego języka.
Warto przeczytać.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Michał Witkowski - "Zbrodniarz i dziewczyna"



Zachwycona "Drwalem" niecierpliwie czekałam na kolejną powieść Michała Witkowskiego, spodziewając się poziomu co najmniej drwalowego, ale jednak się przeliczyłam.
"Drwal" obfitował w kapitalne spostrzeżenia dotyczące naszego tu i teraz, wyśmiewał wszystko i wszystkich, bardziej był powieścią obyczajową niż kryminałem, do tego napisaną potoczyście i lekko, czytało się to naprawdę fantastycznie.
 W "Zbrodniarzu i dziewczynie" Witkowski większą wagę przywiązuje do warstwy kryminalnej, ale z drugiej strony nie potrafi zrezygnować z tego, co dla niego charakterystyczne, czyli przede wszystkim ze swojego ulubionego tematu jakim jest Michał Witkowski. W "Drwalu" miało to urok, tym razem jest i wtórne, i, sama nie wiem, jakby wysilone. Tam czuło się dystans, który tutaj niby i jest, ale jakby podszyty fałszem, jakby udawany, jakby Michaśka - trochę obśmiewająca swoje literackie nagrody i samą siebie - przestała wierzyć, że to dobry temat do żartów. Ze "Zbrodniarza" dowiadujemy się, że Witkowskiego wszyscy czytają, wszyscy rozpoznają i wszyscy chcą znać. Ten samozachwyt jest tu niestety mocno wyczuwalny i wydaje się, że mimo prób prześmiewczego pisania o nim, autor podchodzi do sprawy bardzo serio i faktycznie sodówa trochę mu do głowy uderzyła.

Zaczyna się mimo wszystko zachęcająco - pisarz Witkowski, upojony sukcesami i upasiony trochę hedonistycznym trybem życia, a trochę antydepresantami, snuje się po Wrocławiu. Pomiędzy własnym mieszkaniem, siłownią, na której pod okiem trenera ma odzyskać formę i dawne kształty, a knajpą, gdzie poznaje Studencika, do którego od pierwszej chwili coś go przyciąga, najwyraźniej z wzajemnością. Studencik jednak pojawia się i znika, całymi dniami nie pokazuje się w knajpie, a Witkowski wysiaduje nad pieczoną kaczką i tęsknie wpatruje się w drzwi.
Tu romans krzyżuje się z kryminałem, dowiadujemy się, że po mieście grasuje seryjny morderca o specyficznych upodobaniach, przy okazji psychofan pisarza Witkowskiego (oczywiście), a Studencik przebywa w knajpie w celach wywiadowczych, pracuje bowiem w policji. Akcja nabiera rumieńców, autor/narrator zostaje współpracownikiem policji i u boku Studencika po pierwsze tropi mordercę, a po drugie pracuje nad rozwojem obiecującego romansu. Albo odwrotnie.

Co mi w tej książce zgrzytało? Poza samozachwytem autora, o którym już wspominałam i który wydaje się niestety bardzo serio, zupełnie nie jestem w stanie uwierzyć w obraz codzienności kreowanej przez Witkowskiego. Być może źle oceniam rodzimych stróżów prawa, ale jakoś nie kupuję wizji, w której policjant całkiem otwarcie romansuje z facetem i nie spotykają go z tego powodu żadne szykany ani durne przytyki. Rozbawiła mnie też scena, w której nieudolnie ogolona na łyso Michaśka zagaduje do lokalnych dresiarzy, a ci, rozpoznawszy w Misiu kolesia ze zgoła innej grupy społecznej, nie tylko nie spuszczają mu łomotu, ale jeszcze dobrotliwie rechoczą. Może się czepiam, ale. 

Witkowski jednak pozostaje Witkowskim, ma coraz bardziej rozpoznawalny styl, pisze świetnie, może to tylko moje za wysokie po "Drwalu" oczekiwania? Docenić trzeba poważne podejście autora do tematu kryminału. Pisząc o sekcjach zwłok w toku śledztwa, Witkowski wie o czym mówi, w ramach przygotowań do pracy sam asystował, a podobno i przeprowadzał sekcje zwłok. To jak pisze o rozkładzie ciała, o autopsji samej w sobie, wydaje się rzetelne i robi wrażenie - inna sprawa, że lubość, z jaką teraz opowiada o tym we wszystkich możliwych wywiadach, zdaje się mocno dyskusyjna.

Czekając na kolejną książkę Michała Witkowskiego trzymam kciuki, by poziomem bliższa była "Drwalowi" niż tej pozycji. A w międzyczasie śledzę jego poczynania blogerki modowej, w których prawdziwość nadal nie wierzę i liczę, wciąż liczę na to, że skrywają drugie dno.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Marek Niedźwiecki - "Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie"




Z jednej strony wiedziałam, że muszę tę książkę mieć, z drugiej bałam się rozczarowania, w końcu poprzednia książka Niedźwiedzia ukazała się całkiem niedawno. Bałam się wałkowania od nowa tych samych anegdot, opowiadania historii, które już znamy. 
I wprawdzie część historii faktycznie się powtarza, ale jest tu też wiele nowego, są też kolorowe fotografie, których zabrakło w poprzedniej książce, dzięki temu czyta się to z przyjemnością i bez cienia nudy.
"Radiota" to opowieść o tym jak nieśmiały chłopiec z prowincjonalnego Szadku wymarzył sobie pracę w radiu, w dodatku bardzo konkretnym, jak do tego powoli, acz uparcie dążył i jak osiągnął cel wtedy, kiedy już wydawało się, że jest na to zwyczajnie za stary. Obraz człowieka trochę naiwnego, "fafuły" jak sam o sobie mówi. A jednak w tym cichym, spokojnym Marku jest wielka siła, a raz obrany cel determinuje całe jego życie. Bardzo świadomy jest wybór, by poświęcić rodzinę na rzecz pracy. Po prostu - miłość do radia i zaangażowanie w pracę nie miały nigdy szans konkurować z tak zwaną szarą codziennością, a wizja posiadania żony i dzieci nie była w stanie przyćmić opowiadania o muzyce na antenie Trójki. 
Po tej lekturze jest jasne, że oswojona samotność Marka Niedźwieckiego nie jest złem koniecznym tylko naprawdę świadomym wyborem i jeśli jeszcze ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, to "Radiota" raczej skutecznie je rozwieje.
Jest tu też sporo o podróżach i o miłości do Australii, a przede wszystkim o uwielbieniu dla muzyki, która wraz z radiem definiuje sedno życia autora. 
Nad wszystkim unosi się chmurka nostalgii za tym co minęło, za czasami, gdy życie płynęło wolniej, gdy z słuchaczami nie było kontaktu innego niż listowny, a przywożone z zagranicy płyty były prawdziwymi rarytasami. 
Dziś świat wygląda trochę inaczej, żyjemy w globalnej wiosce, możemy jechać gdzie chcemy i kupić co chcemy, często bez wychodzenia z domu. Niedźwiecki to wie i rozumie, ale gdzieś pod spodem wyczuwam w nim tęsknotę za dawnymi czasami.

Bardzo fajna książka, lekko napisana, przyjemna w odbiorze, ciekawa.