czwartek, 29 grudnia 2011

Simon Beckett - "Wołanie grobu"


Czwarta książka Simona Becketta, niegdyś wziętego dziennikarza, a obecnie autora wielce poczytnych thrillerów.

Poprzednie części bardzo mi się podobały, gdy więc zobaczyłam w księgarni nowy tytuł autorstwa Becketta, od razu kupiłam.

Bohaterem i narratorem książek Simona Becketta jest David Hunter, antropolog współpracujący z policją przy wyjątkowo trudnych sprawach, potrafiący wyczytać historię zbrodni ze słabo zachowanych zwłok czy szkieletów, które innym specjalistom niewiele mówią. Hunter jest typem wrażliwego faceta, budzącego natychmiastową sympatię czytelnika, w powieściach Becketta jest właściwie tyle samo naukowcem co detektywem.


"Wołanie grobu" dotyczy sprawy przerażającego, seryjnego mordercy Jerome'a Monka. Odsiadujący wyrok Monk nie chce wyjawić, gdzie pochował swoje ofiary, Hunter ma pomóc w odnalezieniu zwłok. W wizji lokalnej na mrocznym, wilgotnym wrzosowisku biorą udział prowadzący sprawę detektywi, David Hunter i sam morderca. Przedsięwzięcie kończy się fiaskiem - ciał ofiar nie udaje się odnaleźć, a Monk próbuje uciec. Sprawa zostaje zamknięta, a wkrótce potem Huntera dotyka osobista tragedia, która na zawsze zmienia jego życie.

Osiem lat później Monk powraca - tym razem mordercy udało się uciec z więziennego transportu i wszyscy, którzy pracowali przy wizji lokalnej są w niebezpieczeństwie.

Na prośbę koleżanki, która również pracowała przy sprawie Monka, David wraca na mroczną, wilgotną prowincję i odkrywa kolejne sekrety związane ze śledztwem.


Jest w "Wołaniu grobu" to co charakterystyczne dla wszystkich książek pisarza - świetna intryga, powoli rozkręcająca się akcja i stopniowo rosnące napięcie. Akcja toczy się w niewielkiej, zamkniętej społeczności, w tym wypadku są to osoby związane ze starym śledztwem, jest też dom na odludziu, zacinający nocą deszcz i tajemnicze, rozległe wrzosowiska. Beckett potrafi tak kierować akcją, że kiedy już myślimy "aha, tego się spodziewałam", okazuje się, że się mylimy i jest dokładnie odwrotnie.


Poprzednie części przygód doktora Huntera czytałam kilka lat temu i słabo je pamiętam, mam jednak wrażenie, że "Wołanie grobu", choć świetne, to jednak jest najsłabszą częścią cyklu. Brakowało mi tego co powodowało, że poprzednie tomy czytałam z wypiekami na twarzy, czyli opisów pracy antropologa sądowego, ciekawostek dotyczących tego co można wyczytać ze zwłok, słowem - wszystkiego tego co powoduje, że książki Becketta nie są kolejnymi fajnymi kryminałami czy thrillerami. W "Wołaniu grobu" bardzo mało jest Davida - naukowca i to jedyne co mam tej książce do zarzucenia.


Książkę wydało wydawnictwo Amber, które kojarzy mi się (być może niesłusznie) z drugorzędną literaturą, kiczowatymi okładkami i niechlujnymi tłumaczeniami.

Zauważyłam w książce sporo literówek, co jest irytujące, ale do przełknięcia, natomiast "piersze miejsce" w okładkowej notce reklamowej uważam za niewybaczalne...

Pomijając jednak kwestię wydania, książkę bardzo polecam, podobnie jak wcześniejsze części przygód Davida Huntera.



środa, 21 grudnia 2011

George R.R. Martin - "Uczta dla wron"




Nadeszło nieuchronne - po "Uczcie dla wron" został mi już do przeczytania tylko wydany niedawno "Taniec ze smokami". Biorąc pod uwagę tempo w jakim pisze Martin, na kolejne tomy Pieśni Lodu i Ognia przyjdzie mi jeszcze długo poczekać, dlatego na razie odwlekam lekturę "Tańca", choć najchętniej rzuciłabym się na tę książkę już teraz.


"Uczta dla wron" jest jak poprzednie części sagi. Świetnie napisana, wciągająca, pełna akcji i napięcia i po prostu nie sposób się od niej oderwać. Ten tom jest jakby bardziej wyciszony od wcześniejszych, co wynika z faktu, że wojna wydaje się dobiegać końca. Nie ma tu wielkich walk i widowiskowych pojedynków, jest za to krajobraz po bitwie - spalone wioski i pola, groźni banici i gnijące na drzewach trupy. Tym razem akcja skupia się na Westeros, nie dowiemy się niczego o Daenerys, Tyrionie czy o tym co słychać na Murze i za nim. Jak zwykle Martin wprowadza na pierwszy plan nowych bohaterów i bez sentymentów pozbywa się tych, do których czytelnik już przywykł. Tym razem najbardziej zainteresował mnie wątek Jaimiego (który to już raz okazuje się, że bohaterowie Pieśni nie są ani trochę jednowymiarowi...) i przygody Brienne, z zaciekawieniem śledziłam też losy małej Aryi.

Uważam za to, że książka nic by nie straciła, gdyby nie było w niej Sansy - chyba taka jest specyfika tej postaci, że jest najbardziej bezbarwna i zwyczajnie nudna, może w kolejnych tomach pisarzowi uda się coś z niej wykrzesać, choć jakoś w to wątpię.


Nie bardzo wiem co więcej napisać o "Uczcie dla wron", by nie powtarzać tego czym dzieliłam się z Wami opisując poprzednie części. Clou jest takie, że każdy kolejny tom wciąga mnie do swojego świata właściwie od pierwszej strony i najchętniej nie przerywałabym lektury ani na minutę.

Cały cykl jest po prostu rewelacyjny. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki za wenę pana Martina - oby go nie opuściła i oby kolejna książka jak najszybciej ujrzała światło dzienne.


czwartek, 15 grudnia 2011

Richard Yates - "Zakłócony spokój"


Lubię i cenię prozę Richarda Yatesa. Bardzo odpowiada mi jego styl - płynna narracja, prosty język i klarowny przekaz. Podoba mi się, że bohaterowie jego książek są tacy niewydumani, ot zwykli ludzie, nie do końca wiedzący czego chcą, targani wątpliwościami, zmagający się z własnymi słabościami.

Najbardziej znaną w Polsce książką Yatesa jest "Revolutionary road", głównie za sprawą bardzo dobrej ekranizacji, polecam jednak sięgnięcie i po inne powieści pisarza.


"Zakłócony spokój" to opowieść o autodestrukcji. Dobrze radzący sobie w pracy w reklamie John Wilder stopniowo dochodzi do wniosku, że ułożone życie, żona i dziecko to właściwie głównie przykre obciążenie. Upicie się do nieprzytomności i kilka dni na zamkniętym oddziale psychiatrycznym to dopiero początek kłopotów mężczyzny. Dla kogoś innego taka przygoda byłaby może impulsem do zastanowienia się nad swoim życiem, dla Wildera to początek jazdy po równi pochyłej. Gdy w życiu Johna pojawi się atrakcyjna Pamela mężczyzna zdecyduje się porzucić żonę i rozpocząć nowe życie.

Nowe życie Wildera niespecjalnie jednak różni się od starego - alkohol leje się coraz większymi strumieniami, bohater zmienia miejsce zamieszkania, ale reszta pozostaje w zasadzie bez zmian. Naiwna pogoń za marzeniami z młodości, czyli karierą filmowca, jest z góry skazana na niepowodzenie. Pełna entuzjazmu młoda kochanka wkrótce znajduje sobie bardziej interesującego adoratora, a Johnowi pozostaje tylko upijanie się dzień po dniu aż do utraty świadomości.


Jest sporo wątków w tej powieści. Po pierwsze modelowy kryzys mężczyzny wchodzącego w wiek średni. Po drugie studium uzależnienia - fragmenty opisujące pobyt Johna w szpitalu psychiatrycznym i jego późniejsze halucynacje wywołane alkoholem są naprawdę przerażające. Po trzecie wreszcie wymiar bardziej uniwersalny, czyli pogoń jednostki za czymś co nada życiu sens. Dobra, choć niesatysfakcjonująca praca, dom na przedmieściach i modelowa rodzina okazują się nie być tym, co jest najważniejsze. Jest to smutne tym bardziej, że życie będące spełnieniem marzeń głównego bohatera jest dla niego po prostu nieosiągalne, co w połączeniu ze skłonnościami autodestrukcyjnymi i brakiem woli walki ze swoimi słabościami skazuje go z góry na klęskę.


Dobrze napisana, interesująca, choć smutna powieść bez szczęśliwego zakończenia. Bardzo mi się podobała.



poniedziałek, 12 grudnia 2011

Marek Niedźwiecki - "Nie wierzę w życie pozaradiowe"



Miałam 12 albo 13 lat kiedy pierwszy raz usłyszałam Listę Przebojów Trójki. Ten jeden raz wystarczył żebym wpadła po uszy, od tej pory w każdy piątek o 19.00 znikałam dla świata. Liczył się tylko mój mały pokój, radio, muzyka i głos Marka Niedźwieckiego. Te chwile kiedy siedziałam przy biurku i skrzętnie notowałam tytuły kolejnych piosenek były dla mnie świętością. Uwielbiałam tamte piątki.

Słuchałam Listy regularnie przez całe lata, potem jakoś przestałam mieć na to czas, ale teraz znów staram się rezerwować piątkowe wieczory dla Trójki kiedy tylko mogę.


Marek Niedźwiecki to człowiek - instytucja. Najbardziej rozpoznawalna twarz radia. Pewnie nie ja jedna kochałam się w Niedźwiedziu znając tylko jego głos. Piękny głos, nic się nie zmienił przez te wszystkie lata. Do tego rodzaj poczucia humoru, który mi odpowiada i pasja, którą czuć gdy słucha się opowieści Marka Niedźwieckiego o muzyce albo podróżach. Zaglądam czasem na jego stronę internetową - zawsze piękne zdjęcia i ciekawe spostrzeżenia.

W swojej książce Niedźwiedź pisze o tym co jest dla niego najważniejsze - czyli o pracy radiowca. Bez radia nie ma życia, zdaje się mówić Niedźwiecki. Znaleźć się w rozgłośni, usiąść przed mikrofonem - to było jego największe marzenie i najważniejszy cel. Dla realizacji tego marzenia zrezygnował z wszystkiego innego - najpierw myśl o założeniu rodziny była odkładana na później, a kiedy to później przyszło okazało się, że nie jest już ważne, że nie ma na to ochoty, potrzeby, że dobrze jest jak jest.


"Pracę mam wygodną, gardła nawet nie zdzieram. Jestem jednak samotny." pisze Marek Niedźwiecki. I byłoby to smutne, gdyby nie to, że ta samotność jest jak najbardziej chciana. Kiedy Niedźwiedź opisuje swoje powroty do domu, w którym zamyka się z muzyką i dobrym winem to ja mu wierzę - wierzę, że jest szczęśliwy. Może nawet trochę mu zazdroszczę. Doskonale rozumiem, że można nie potrzebować ludzi obok siebie, że wystarczy spotkanie z przyjaciółmi kiedy ma się na to ochotę, że można nie chcieć zakładać rodziny. Niedźwiecki jest absolutnie pogodzony ze sobą i swoim życiem, ma jasno ustalone priorytety, nie wstydzi się powiedzieć, że nie lubi zmian i liczą się dla niego codzienne rytuały. Zakupy na bazarku, zawsze takie same, i spokojne popołudnia w domu, z wyłączonym telefonem i myślami o kolejnych audycjach.

Po tej lekturze widzę Marka Niedźwieckiego jako spokojnego, szczęśliwego melancholika.


Książka raczej tylko dla wielbicieli Niedźwiedzia, ale za to bardzo sympatyczna. Spędziłam z nią wyjątkowo miłe popołudnie. Polecam.



wtorek, 6 grudnia 2011

George R.R. Martin - "Nawałnica mieczy"



Saga "Pieśni lodu i ognia" ma doprawdy imponujące rozmiary i właściwie mnie nie dziwi, że trzecią część wydawca postanowił rozbić na dwa tomy. Łącznie to ponad tysiąc stron, raczej nie jest to lektura, którą można nosić ze sobą w torebce.

Ale nie o objętości kolejnych tomów chciałabym tu pisać (choć jak dla mnie mogłaby być jeszcze większa, nigdy nie mam dość przygód bohaterów sagi).

Autor trzyma poziom z poprzednich części cyklu, a może nawet go podnosi. Tym razem przerywanie lektury przychodziło mi z wielkim trudem. Losy starych bohaterów i przygody tych, których dopiero w tej części poznajemy są tak zajmujące, że po prostu nie chce się odkładać książki na potem.


Westeros ogarnia chaos - walka o tron wciąż trwa, choć żaden król nie jest na tyle silny, by wyeliminować wszystkich swoich przeciwników. Członkowie rodu Starków są rozrzuceni po świecie i wygląda na to, że nie będzie im dane się połączyć. I uwięziona w zamku Sansa, i błąkająca się po kraju Arya są skazane wyłącznie na siebie.

Kolejne bitwy i intrygi zmieniają sytuację w Siedmiu Królestwach praktycznie co chwilę. Podczas gdy w Westeros trwa krwawa wojna, daleko za morzem zapomniana Daenerys krok po kroku zbliża się do wyznaczonego sobie celu...


Świetna książka. Interesujący jest absolutnie każdy rozdział. Nie ma bohatera, którego dalsze losy by mnie nie ciekawiły. Zwroty akcji i mnogość wątków przyprawiają o zawrót głowy. Po raz kolejny Martin udowadnia, że nie ma postaci jednowymiarowych. W "Nawałnicy mieczy" wszystko jest możliwe - najwierniejszy rycerz może okazać się zdrajcą, a brutalny morderca potrafi uratować życie ofierze swych wcześniejszych prześladowań. Bycie pierwszoplanowym bohaterem nie zapewnia bezpieczeństwa żadnej z postaci - w Westeros łatwo stracić głowę i to w sensie dosłownym, dlatego lepiej nie przywiązywać się do głównych bohaterów sagi.


Po tej lekturze nawet w snach przenosiłam się do Siedmiu Królestw, a w dzień nie mogłam doczekać się chwili kiedy wreszcie będę mogła usiąść z książką w fotelu. Rozstaję się z Westeros, ale nie na długo - zakończenie tej części cyklu jest bowiem takie, że chyba jeszcze dziś pobiegnę po kolejny tom, by sprawdzić co wydarzy się dalej.

Szczerze polecam.


piątek, 18 listopada 2011

Tony Parsons - "Kroniki rodzinne"


Sparks, Gavalda, Musso, Picoult, Parsons - oto niektóre z nazwisk, które wciąż przewijają się przez listy bestsellerów i przez książkowe blogi, a które niekoniecznie coś mi mówią i czasem nabieram ochoty, by się z nimi zapoznać. Niektórych z tych pisarzy już znam, niektórych nie, są też pewnie inni, których mogłabym dopisać do listy.


W "Kronikach rodzinnych" Tony Parsons, podobno wzięty brytyjski dziennikarz, serwuje nam historię trzech sióstr. Nie miały one łatwego dzieciństwa, matka odeszła, a ojciec starał się jak mógł, ale chyba bardziej skupiał się na własnej karierze. Siostry dorosły i oto mamy trzy zupełnie różne kobiety. Jedna stawia na bycie świetnym lekarzem, druga ma wspaniałego męża i marzy o dziecku, trzecia ani myśli być matką i wchodzić w poważne związki.


Nie będę ściemniać - ta książka jest moim zdaniem bardzo słaba. Główne bohaterki są dramatycznie wręcz płaskie i nijakie, a ścieżki, którymi Parsons postanawia poprowadzić ich losy zmierzają wciąż i wciąż bliżej banalnego, taniego i nudnego stereotypu. Powieść jest przeraźliwie przewidywalna - jeśli ktoś nie chce mieć dzieci to wiadomo, że za chwilę zajdzie w ciążę, jeśli przeciwnie, o niczym innym nie marzy, to oczywiście okaże się, że nic z tego. Jeśli jedna z postaci jest niezależną, dojrzałą kobietą, która chce dbać tylko o swoje wygodne życie to zaraz dowiemy się, że tak naprawdę zazdrości swojej koleżance bycia w związku i bycia w ciąży.

Posiadanie dzieci to w ogóle centralny temat tej książki, jedna z bohaterek wprawdzie przez chwilę rozważa aborcję, ale od razu wiadomo, że zdecyduje się urodzić dziecko i będzie z tego powodu szalenie szczęśliwa.

Temat, o ile w ogóle można tu mówić o jakimś temacie, potraktowany jest wyjątkowo powierzchownie. Rozważań o aborcji w ogóle tu nie ma - ot, bohaterka w jednej chwili chce usunąć ciążę, w drugiej decyduje się tego nie robić. Ale dlaczego tak się stało, jaki był tok jej myślenia, tego się nie dowiadujemy. In vitro? Wszystkie trudy związane z podjęciem decyzji o poddaniu się procedurze i efekty uboczne jej zastosowania pisarz gładko zamyka w dwóch zdaniach, by więcej do sprawy nie wrócić.

Jasne, to nie książka o in vitro, ale jeśli bohaterowie mają być prawdziwi to jako czytelnik chcę znać ich motywacje, zwątpienia, rozważania. Można było w ogóle pominąć takie kwestie i skupić się na słodkim pitu - pitu, bo głównie tym zajmuje się w "Kronikach" Tony Parsons, wtedy bym się nie czepiała.

Nie ma w tej książce ani jednej wiarygodnie zbudowanej postaci i ani jednej sytuacji, która chwyciłaby mnie za gardło. Można pisać o zwykłych, codziennych sprawach w sposób, który odbiera czytelnikowi oddech i powoduje, że myśli się o lekturze jeszcze długo po jej zakończeniu i można robić to tak jak Parsons - bez wyrazu, płasko, stereotypowo i nudno.

Przekaz płynący z tej powieści jest odkrywczy niczym złote myśli Paula Coehlo - liczy się wyłącznie rodzina, a jeśli jesteś kobietą, liczy się rozmnażanie.

Całość jest mniej więcej tak oryginalna, interesująca i zaskakująca jak odcinek kiepskiego serialu, w dodatku napisano to wszystko okropnie harlekinowym stylem.

Jeśli o mnie chodzi - absolutna strata czasu. Zdecydowanie odradzam.



środa, 16 listopada 2011

Manuela Gretkowska - "Trans"


Gretkowska czasem pisze lepiej, czasem gorzej (na przykład "Kobieta i mężczyźni" to moim zdaniem bardzo słaba książka), ale i tak lubię jej styl, a i sama autorka wydaje mi się interesującą osobą.

W czasach Masłowskiej, Chutnik i Witkowskiego uparte przyklejanie pisarce łatki kontrowersyjnej autorki jest czymś mocno na wyrost. Faktem jednak jest, że kiedy miałam czternaście, piętnaście lat i czytałam jej pierwsze powieści - to było coś. Nikt tak wtedy nie pisał, a ja do dziś pamiętam wrażenie jakie na moim młodym, nieopierzonym umyśle robiła proza Gretkowskiej.

Dla czytelników jej powieści jest rzeczą oczywistą, że w swojej twórczości pisarka garściami czerpie z własnego życia. To nie jest autorka, która wymyśli sobie bohaterkę i przypisze jej jakieś ze swoich doświadczeń. Ona po prostu opowiada o swoich przeżyciach - czasem niebanalnych, a czasem do bólu zwyczajnych - ale robi to w sposób, który najczęściej czyni jej powieści wyjątkowymi. Jej emigracyjne, małżeńskie, macierzyńskie doznania stanowią bazę, wokół której buduje swoje książki.


Nie wiem na ile dosłowny jest "Trans". Wszystkie promujące ten tytuł wywiady, w których Gretkowska z uporem maniaka podkreślała, że książka jest fikcją zaledwie zainspirowaną rzeczywistością traktuję z dużym dystansem - bo po prostu tym wypowiedziom nie wierzę. Znając wcześniejsze dokonania pisarki, wiedząc to co o niej wiem, czytając (czasem między wierszami) kabotyńskie wywiady Andrzeja Żuławskiego myślę, że dla Manueli Gretkowskiej "Trans" był po prostu terapią, próbą uwolnienia się od złych emocji i złych wspomnień. Oczywiście mogę się mylić.


Ta historia brudnego, sadomasochistycznego, obrzydliwego związku - niezwiązku ma w sobie wyraźny rys zemsty, tak jakby po latach pisarka chciała odwrócić role i dokopać temu, kto ją zgnoił. Czyta się to tak jak zwykle czyta się książki Gretkowskiej, z mieszaniną uśmiechu, zgrozy, niesmaku i zafascynowania.

Ja taki mix lubię, ale nie wątpię, że dla wielu będzie on niestrawny.



poniedziałek, 14 listopada 2011

Doris Lessing - "Odpowiednie małżeństwo"



Z przeczytanej dość dawno "Marthy Quest" zapamiętałam głównie uczucie irytacji, jakie budziła we mnie tytułowa bohaterka. W "Odpowiednim małżeństwie" Doris Lessing opisuje dalsze losy Marthy i cóż mogę powiedzieć, dziewczyna nadal działa mi na nerwy jak mało kto.


Martha wychodzi za mąż, a jedynym powodem zawarcia tego związku jest chyba chęć zrobienia na złość rodzicom. Od razu po ślubie młoda żona zaczyna czekać na wybawienie w postaci rozwodu. Wkrótce dziewczyna zachodzi w nieplanowaną ciążę - najpierw zdaje się nie przyjmować tego faktu do wiadomości, potem próbuje pozbyć się płodu, w końcu decyduje się urodzić dziecko i sama wtłacza się w rolę, której nigdy dla siebie nie chciała.

Nieudane małżeństwo i niechciane macierzyństwo Marthy stanowią sedno całej powieści. Jest w bohaterce Lessing coś co powoduje, że za nic nie umiem poczuć do niej sympatii. Choć uczucie nieszczęścia, jakie budzi w niej bezsensowne małżeństwo, ciąża i narodziny dziecka jest dla mnie w pełni zrozumiałe to jednak nie umiem jej współczuć.

Bierność bohaterki i jej przezroczystość naprawdę mnie wkurzały. Może chodzi o to, że Martha wydaje się być po prostu głupia. Jej angażowanie się w komunizm, którego tak naprawdę wciąż nie rozumie, jej oburzenie na społeczną nierówność, a jednocześnie styl życia, który tej nierówności hołduje budzą po prostu politowanie.

Dopiero w końcowych partiach powieści można nabrać nadziei, że Martha wreszcie zacznie myśleć i działać, ale podchodzę do tego z ostrożnością. Lektura kolejnego tomu pokaże mi czy ta nadzieja była uzasadniona.


poniedziałek, 7 listopada 2011

George R.R. Martin - "Starcie królów"



Ach, cóż to była za lektura! Czysta rozkosz, powiadam wam.

Już przy czytaniu "Gry o tron" nie narzekałam na brak akcji, ale w drugim tomie sagi "Pieśni Lodu i Ognia" zagęszczenie fabuły, ilość postaci i stale narastające napięcie przyprawiają o zawrót głowy.

Żelazny tron przypada Jeofrreyowi, sadystycznemu trzynastolatkowi, którego chętnie zdzieliłabym w ucho czymś ciężkim. Ale irytujący Jeofrrey to nie jedyny władca, trzy inne osoby także ogłaszają się królami, a kolejne tylko szukają okazji, by dojść do władzy. Wojna obejmuje cały kraj.

Na dworze Lannisterów nowa, zaskakująca rola przypada karłowi Tyrionowi - muszę przyznać, że ta postać podbiła moje serce. Jako jedyny z Lannisterów Tyrion zdaje się mieć jakieś poczucie przyzwoitości, nie można mu też odmówić mądrości i poczucia humoru.

Z wielkim zainteresowaniem śledziłam także losy małej Aryi Stark i mojej ulubionej kobiecej bohaterki tej sagi, Daenerys.

W drugim tomie sagi mamy też szansę bliżej poznać Nocną Straż - jej członkowie wyruszają za mur, nie do końca wiedząc z czym przyjdzie im się zmierzyć.


Jest w "Starciu królów" napięcie, są rewelacyjnie skonstruowani bohaterowie - z tomu na tom widać jak się rozwijają, zmieniają, jak stają się innymi osobami. Właściwie żaden z bohaterów nie jest płaski i jednowymiarowy. Nie odważyłabym się na jednoznaczną ocenę żadnego z nich, Martin igra sobie trochę z czytelnikiem, pokazując, że każda z postaci może być zupełnie nieobliczalna w zależności od sytuacji.

Oprócz nowych bohaterów, których jest całkiem sporo, pojawia się także magia, praktycznie nieobecna w poprzedniej części cyklu. Mam przeczucie, że w kolejnym tomie element magiczny będzie odgrywał istotną rolę i oby tak było, bo bardzo mnie ta część fabuły zainteresowała:)


Intrygi i wątki plączą się i mnożą, ale widać, że autor nad wszystkim panuje. Książka jest naprawdę dopracowana i moim zdaniem nie ma się do czego przyczepić. Historie poszczególnych bohaterów urywają się w takim momencie, że aż chce się biec do księgarni po następny tom i sprawdzić co dalej.

No i kto by pomyślał - całkiem nieoczekiwanie zostałam fanką fantasy :-)



wtorek, 1 listopada 2011

Andrzej Sapkowski - "Wieża Jaskółki"



Po kilku miesiącach przerwy powróciłam do wiedźmińskiego świata. Jak zwykle w przypadku tej sagi z wielką przyjemnością.

Tym razem autor skupia się na historii Ciri - ciężko ranna dziewczyna trafia pod opiekę pustelnika. Z ich długich rozmów dowiadujemy się co wcześniej działo się z Ciri czy raczej Falką i co spowodowało, że omal nie zginęła.

Równolegle do jej wspomnień śledzimy Geralta i jego towarzyszy oraz ich pełną przygód wędrówkę.

Sporo w tej części sagi brutalnych opisów walk, chyba więcej niż w poprzednich tomach.

Najważniejsza jest jednak Ciri, jej trudna, pełna cierpień przeszłość i dojrzewanie bohaterki, która z uciekającej przed światem dziewczyny na powrót staje się czarodziejką i wiedźminką i wreszcie ma dość sił, by zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.

Jest tu wszystko czego od Sapkowskiego oczekuję, czyli trzymająca w napięciu akcja, świetne dialogi, bohaterowie, którzy stali mi się już całkiem bliscy. Słowem - rewelacyjna rozrywka.

A zakończenie książki tym razem jak w dobrym sensacyjnym filmie.

Jak zwykle w przypadku sagi o Wiedźminie gorąco polecam.



wtorek, 25 października 2011

Sarah Waters - "Ktoś we mnie"



Stęskniłam się za powieściami Sary Waters i za ich lekko wiktoriańskim stylem. Z przyjemnością więc spędziłam kilka wieczorów z tą książką.

"Ktoś we mnie" różni się od pozostałych powieści pisarki. Przede wszystkim nie ma tu wątku lesbijskiej miłości, więcej nawet - tym razem głównym bohaterem i zarazem narratorem jest mężczyzna, stary kawaler i prowincjonalny lekarz Faraday. Niedawno skończyła się wojna, Faraday żyje w niewielkim miasteczku walcząc o pacjentów z bardziej cenionymi przez mieszkańców kolegami po fachu, a jego życie jest skromne, stabilne i dość bezbarwne. Zmienia się to gdy pewnego dnia Faraday zostaje wezwany do posiadłości Ayresów. Rodzina niegdyś należała do bogatych i szanowanych, teraz żyje na skraju nędzy, a rodowa posiadłość, Hundreds Hall, to właściwie ruina.

Stara pani Ayres dba o pozory i zachowuje się tak jakby rodzina wciąż prosperowała kwitnąco, jej niezależna, silna córka Caroline dawno porzuciła marzenia o beztroskim życiu na rzecz szorowania podłóg w Hundreds, a młody Roderick, okaleczony na wojnie, równocześnie próbuje zarządzać majątkiem i walczyć z ogarniającą go depresją.


Wkrótce wizyty lekarza w Hundreds staną się codziennością i stopniowo mężczyzna stanie się przyjacielem rodziny. Dla Faradaya to zaszczyt, coś na kształt społecznego awansu. Cóż z tego, że Ayresowie ledwie wiążą koniec z końcem, a większość pomieszczeń w posiadłości już dawno zamknięto na cztery spusty - wejście do świata tej rodziny to dla Faradaya spełnienie dziecięcych marzeń. Tak się bowiem składa, że matka lekarza była służącą w Hundreds - fakt, że mężczyzna skończył studia medyczne jest oczywiście swoistym awansem, ale lokalna społeczność traktuje Faradaya po prostu jak faceta z nizin, któremu co nieco się udało.


Z jednej strony śledzimy więc losy Faradaya i jego nasilającą się obsesję na punkcie Ayresów i ich domu, z drugiej obserwujemy tło społeczno - obyczajowe, nieuchronną zmianę starego ładu na nowy, z trzeciej wreszcie mamy do czynienia z niepokojącymi, początkowo dziwnymi, a wkrótce przerażającymi wydarzeniami, które mają miejsce w Hundreds Hall.


Waters świetnie buduje klimat starej posiadłości - kilometry ciemnych korytarzy, pozasłaniane pokrowcami meble, skrzypiące schody i dziwne odgłosy. Zwykłe przedmioty zaczynają żyć własnym życiem, ale czy to sprawka ducha czy może kwestia autosugestii...?


Świetnie zbudowana postać Faradaya, starzejącego się mężczyzny, który pragnie wziąć w posiadanie symbol bogactwa, klasy i szacunku jakim jest dla niego Hundreds Hall, nie widząc przy tym, że ma do czynienia z walącą się ruderą.

Sarah Waters wyraźnie podkreśla klasowe różnice między lekarzem a Ayresami - granicę, której Faraday, w istocie zakompleksiony, słaby człowiek, nigdy nie zdoła przekroczyć. Czy Faraday jest wykorzystywany przez Ayresów czy to oni są marionetkami w jego rękach?


Czyta się tę książkę bardzo dobrze. Ostatecznie nie dowiadujemy się co powodowało dziwne zdarzenia w Hundreds - czy to faktycznie duch, czy może choroba psychiczna bohaterów? A może to sam Faraday?


Bardzo fajna powieść, wciągająca, dobrze napisana, idealna na zimne wieczory.




poniedziałek, 10 października 2011

Siri Hustvedt - "Amerykańskie smutki"



Siri Hustvedt to jedna z moich najulubieńszych pisarek. Uważam, że jest o wiele zdolniejsza od swojego znanego męża Paula Austera. Jak dotąd ukazały się w Polsce cztery jej powieści, "Amerykańskie smutki" to ta najnowsza.

Głównym bohaterem powieści jest Erik Davidsen, nowojorski psychiatra. W papierach zmarłego ojca znajduje z siostrą tajemniczy list, który jest impulsem do przyjrzenia się przeszłości rodziny. Żałoba po śmierci ojca nakłada się na osobistą tragedię Ingi, siostry Erika - kobieta wciąż nie oswoiła się z utratą męża, a sam Erik żyje samotnie, skupiony z jednej strony na swoich pacjentach i ich problemach, a z drugiej na uczuciu, jakie zdaje się w nim wzbudzać lokatorka mieszkania, które wynajmuje.


Jest w tej książce sporo odwołań do filozofii, psychoanalizy, wszystkie bardzo dopracowane - autorka od lat interesuje się tymi dziedzinami. Zajmuje się też szeroko pojętą sztuką, dlatego zapewne bohaterowie jej książek tak często są artystami. W tej konkretnej powieści autorka wykorzystała autentyczny dziennik swojego ojca, wszystkie partie związane ze wspomnieniami Larsa Davidsena są na nim oparte lub są dosłownymi cytatami.

"Amerykańskie smutki" nie są może najłatwiejszą lekturą, spotkałam się wręcz z zarzutami, że to powieść napisana przez intelektualistkę dla intelektualistów, ja jednak uwielbiam styl Siri Hustvedt i ta lektura bardzo przypadła mi do gustu.


Wyczuwam u Hustvedt cień skandynawskiego chłodu (pisarka jest pochodzenia norweskiego), a z drugiej strony traktuje ona swoich bohaterów z taką czułością i szacunkiem, że jest to aż wzruszające. Są tu sceny i rozbrajające, i trącące farsą, a całość czyta się wyśmienicie i z wielką przyjemnością.

Żałuję, że pisarka tak długo pracuje nad swoimi książkami i dlatego ukazują się one zaledwie raz na kilka lat.

Na każdą jej powieść czekam z wielką niecierpliwością.



sobota, 8 października 2011

Jack Ketchum - "Straceni"



Jakiś czas temu czytałam "Dziewczynę z sąsiedztwa" Jacka Ketchuma - pamiętając wrażenie, jakie zrobiła na mnie ta książka, sięgnęłam po kolejne dzieło autora. Tym razem rozczarowanie, niestety.


Początek jest mocny - brutalne, bezsensowne zabójstwo dwóch dziewczyn. Potem mamy przeskok w czasie i śledzimy życie mordercy, który nigdy nie został schwytany, policjantów, których sprawa sprzed lat wciąż dręczy i kilku postaci drugoplanowych, wplątanych jakoś w wydarzenia.

Przez większą część książki akcja toczyła się wolno, właściwie nic szczególnego się nie działo, a kiedy w końcowych rozdziałach wreszcie przyspieszyła, byłam już tak znudzona i zirytowana lekturą, że nie robiło to na mnie przesadnego wrażenia. Niezły początek i mocny koniec - oto moje wrażenia po lekturze "Straconych".

"Dziewczyna z sąsiedztwa" była wstrząsająca i dawała do myślenia, natomiast głównym grzechem "Straconych" jest dla mnie po prostu brak napięcia. Przerzucałam kolejne strony, ale nie czekałam na to co wydarzy się dalej. Postać mordercy była dla mnie raczej karykaturalna niż przerażająca i nie zmieniło tego nawet mocne zakończenie powieści.

No i w końcu nie wiem jak to jest w tym Ketchumem - jedna książka świetna, druga w najlepszym razie taka sobie. Chyba trzeba przeczytać trzecią, by wyrobić sobie zdanie na temat autora.


czwartek, 29 września 2011

Wojciech Tochman - "Dzisiaj narysujemy śmierć"


Najpierw garść faktów z wikipedii i statystyk. "(...)ten górzysty kraj w Afryce Centralnej, wielkości jednego polskiego województwa(...), liczy dziesięć milionów ludzi. Większość z nich mieszka na wsi. (...) Podstawowy sprzęt rolniczy - motyka, kilof, maczeta. Bogactwa naturalne - śladowe. Przemysł - żaden. Bezrobocie - w niektórych miejscach nawet 80 procent. Budżet państwa - w większości oparty na pomocy zagranicznej. Co trzeci człowiek żyje tu za mniej niż dolara dziennie. Co drugi ma mniej niż piętnaście lat. Średnia długość życia: pięćdziesiąt. Śmiertelność noworodków: sto na tysiąc urodzonych. Poza tym z każdego tysiąca urodzonych tu dzieci ponad sto pięćdziesiąt umiera, zanim skończy pięć lat. Główne choroby: malaria i AIDS. Chorych nie leczą lekarze. W ośrodkach zdrowia zwykle ich nie ma. Są pielęgniarki, jedna na trzy tysiące mieszkańców. Lekarze pracują w nielicznych szpitalach. Nie ma wśród nich specjalistów. W całym kraju jest jeden laryngolog. Operacje kardiologiczne i onkologiczne przeprowadza się jedynie zagranicą."


Co wiecie o ludobójstwie w Rwandzie? Ile mieliście lat kiedy wspominały o nim telewizyjne wiadomości? Na ile was to obeszło? Ile czasu minęło od przebrzmienia newsa z Rwandy do momentu, gdy zmieniliście kanał, bo na innym był akurat fajny film?


Wojciech Tochman wali wprost między oczy prawdę, której tak wielu z nas wolałoby nie znać. Każda strona tej książki to tragedia, cierpienie i trauma na całe życie. Autor stara się powstrzymywać od wyrażania własnego zdania - przez większość czasu po prostu słucha. Każda kolejna historia opowiadana przez ocalonych z rzezi to cierpienie, strach, dezorientacja. Jak zrozumieć, że sąsiad, z którym spędzało się miło wolny czas nagle przychodzi do naszego domu z maczetą i morduje całą rodzinę? Jak wytłumaczyć młodemu chłopcu, że nadal żyje, ponieważ maczeta przyjaciela domu uderzyła w jego czaszkę pod złym kątem? Co powiedzieć kobiecie zgwałconej przez kilkunastu mężczyzn, która dziś mieszka ze swoimi oprawcami drzwi w drzwi? Codziennie życzą sobie nawzajem miłego dnia i pytają co słychać.


Dziś tam, w Rwandzie, o ludobójstwie się nie mówi. Liczy się pojednanie. Jeśli pomniki, to tylko w formie prostych płyt, bez nazwisk - przy takiej ilości ofiar nikt dziś nie dojdzie, kto leży w zbiorowych mogiłach.

Dziś w zatłoczonych rwandyjskich akademikach w jednym pokoju mieszka po sześciu, ośmiu studentów. Z braku miejsca śpią razem w łóżkach. Ile razy dochodzi do sytuacji, że sierota po ofiarach Hutu dzieli kołdrę z dzieckiem oprawców? Biorąc pod uwagę statystyki przytoczone na początku notki, musi się tak zdarzać raczej często.


Książka Tochmana jest wstrząsająca, to pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl. Wstrząsające jest to, że wydarzenia, o których opowiada nie miały miejsca dawno temu tylko w 1994 roku. Wstrząsające jest to, że tak zwany cywilizowany świat miał to wszystko tak bardzo w dupie. I wstrząsające są też fragmenty dotyczące roli kościoła katolickiego w tym wszystkim.

Na podstawie wspomnień polskiego żołnierza, świadka masakry, Tochman pisze:

"Rozkaz z kwatery głównej(...) brzmiał: siedzieć i czekać.(...) Rano zjedli z księżmi śniadanie. (...)Rozmawiano o tym, co dzieje się w mieście. I o tym, że nie należy się wtrącać, To nie nasza sprawa, nie nasz biznes."

Dalej jest o tym jak dla księży ważne było ocalenie przed profanacją Najświętszego Sakramentu. Wtedy, gdy w kaplicy zamkniętych było wielu Tutsi, czekających na niechybną śmierć, polscy księża jakoś zupełnie nie troszczyli się o ich życie, liczyło się za to uratowanie opłatka z mąki i wody.

O tym jak zachował się kościół mogłaby zresztą powstać zupełnie odrębna książka.


Mniejsza jednak z tym, istotą "Dzisiaj narysujemy śmierć" jest bowiem świadomość i pamięć. Tylko co z tym zrobimy? Dla mnie na przykład jest niepojęte, że żyję w kraju, w którym wciąż i wciąż wałkuje się temat ofiar II Wojny Światowej, przy równoczesnym totalnym zignorowaniu współczesności. Co z Rwandą, co z Bośnią? Czy ofiary tych współczesnych konfliktów mają czekać dziesiątki lat, aby ktoś się o nie upomniał? Co mam myśleć o sobie samej, kiedy czytam o kolejnej wojnie, o kolejnych ofiarach i zapominam o tym, gdy tylko przewracam stronę w gazecie? Gdzieś tam w świecie dzieje się źle, ale przecież to mnie nie dotyczy. Przecież nic nie mogę zrobić, zresztą nie mam na to siły, to za trudne żeby o tym myśleć, trzeba żyć swoim życiem.

A gdyby tu i teraz zdarzyło się tak, że to ja byłabym na miejscu Tutsi? Czy wtedy chciałabym żeby reszta świata zajęła się po prostu sobą i nie myślała o tym, co jest zbyt bolesne?


Poczytajcie Tochmana i pomyślcie.


PS.

I pomyślałam sobie jeszcze, że zamiast tych wszystkich siermiężnych Zemst, Dziadów i Konradów Wallenrodów, których nikt dziś nie rozumie i nikt nie chce czytać, właśnie takie książki powinny być na listach lektur w szkołach. Bo to jest nasze tu i teraz.




sobota, 24 września 2011

Mario Puzo - "Rodzina Borgiów"



Do tej lektury skusił mnie świetny serial HBO, przyznaję się bez bicia.

Serial był rewelacyjny, książka niestety mniej. Mówiąc wprost - nie powala mnie styl Puzo. Może to kwestia tego, że pisarz zmarł przed ukończeniem powieści i zadanie to przejęła jego współpracownica. Nie wiem, od którego etapu do akcji wkracza ta pani, więc nie wiem czy to jej wina, że książka jawi mi się jako średnia. Innych książek Mario Puzo nie czytałam, więc nie mogę z nimi "Rodziny Borgiów" porównać.


Sama historia rodziny Borgiów jest bardzo ciekawa, Puzo widział ją jako pierwszą włoską mafię i tak też ją przedstawia. Po objęciu papieskiego tronu kardynał Rodrigo Borgia, teraz Aleksander VI, bierze się od razu do roboty. Jego celem nie jest jednak dbanie o zbawienie katolickich dusz lecz wielka polityka - chodzi o to, by Borgiowie zjednoczyli pod swym panowaniem całe Włochy i aby nic nie mogło zagrozić ich pozycji. Aby to osiągnąć papież zrobi wszystko. Przehandluje ukochaną córkę, wydając ją za przedstawiciela rodu, którego przychylności potrzebuje i zrobi kardynała z syna, który marzy o wojskowej karierze. Polityczne ambicje Aleksandra są najważniejsze, cała rodzina musi się im podporządkować. Z jednej strony mamy tu sprawowanie najwyższych kościelnych urzędów, z drugiej - i kardynałowie i papież nie stronią od morderstw i intryg. Do tego kolejne papieskie kochanki, kazirodczy związek Lukrecji i Cezara, a w tle postacie, które świetnie znamy z lekcji historii.


Ta książka na pewno mogłaby być o wiele lepsza. Może stałoby się tak, gdyby od początku do końca pracował nad nią sam Mario Puzo. Tymczasem rzecz jest po prostu średnia, ot, powieść z potencjałem, którego nie wykorzystano. Szkoda.



niedziela, 18 września 2011

Joyce Carol Oates - "Córka grabarza"



Swoją czytelniczą przygodę z twórczością Joyce Carol Oates rozpoczęłam od książek, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że jest ona mistrzynią przekazywania maksimum treści w możliwie jak najkrótszej formie. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że i owszem - jest mistrzynią - ale tak samo mistrzynią jest w tworzeniu wybornych ludzkich portretów , które zajmują kilkaset stron. Innymi słowy - niezłe "cegły" ma w dorobku pani Oates i "Córka grabarza" to kolejna z takich cegieł.


Rodzina Schwartów przybywa do Ameryki uciekając przed piekłem nazistowskich Niemiec. Emigracja diametralnie odmienia ich życie - w Niemczech Jakub Schwart był szanowanym nauczycielem, a jego rodzinie dobrze się wiodło, na nowym kontynencie czeka na niego jedynie posada grabarza i mieszkanie w wiecznie wilgotnej, kamiennej chatce na terenie cmentarza. Synowie Jakuba nie radzą sobie w nowej rzeczywistości, żona nie wychodzi nawet z domu, a sam Jakub nie jest w stanie zaoszczędzić choćby najmniejszej sumy.

Jest jeszcze mała Rebeka. Dziewczynka jest inna, różni ją od pozostałych członków rodziny to, że przyszła na świat na statku w nowojorskim porcie i jako jedyna jest Amerykanką z urodzenia. Rebeka nie ma łatwego życia - obserwujemy ją jak dorasta na cmentarzu, w cieniu despotycznego, agresywnego ojca i cichej, wycofanej matki, w towarzystwie braci, którzy przy pierwszej nadarzającej się okazji opuszczą rodzinny dom. Pozbawiona normalnego dzieciństwa, przyjaciół i radości, Rebeka musi dojrzeć zbyt szybko, a rodzinna tragedia tylko to przyspiesza. Dziewczyna rozpoczyna samodzielne życie i zakochuje się w pierwszym mężczyźnie, który zwraca na nią uwagę. Trafia jednak z deszczu pod rynnę, jej ukochany daleki jest bowiem od ideału. Po kolejnym pobiciu Rebeka ucieka od męża i odtąd śledzimy jej nowe życie. Kobieta zmienia tożsamość i miejsca zamieszkania - zrobi wszystko, byle tylko uchronić siebie i małego synka przed gniewem męża.


Fantastycznie narysowany portret kobiety, która znajduje w sobie siłę, by stworzyć siebie na nowo. Nie mając żadnego wykształcenia, Rebeka z premedytacją wykorzystuje to co dał jej los - nieprzeciętną urodę i urok osobisty. Nie zawaha się wykorzystać tych atutów do manipulowania ludźmi, których spotyka na swej drodze, a wszystko po to żeby zapewnić godne życie sobie i ukochanemu dziecku. Nowe życie Rebeki to ucieleśnienie amerykańskiego snu, ma jednak swoją cenę. Grając przez całe życie wymyśloną dla siebie rolę, kobieta zatraca własną tożsamość. Nie może być szczęśliwa latami ukrywając kim tak naprawdę jest i choć odgrywa swoją postać perfekcyjnie to jednak nie da się uciec od przeszłości. I choć wydaje się, że pod koniec życia Rebeka ma wszystko to okazuje się, że to tylko pozory, a to czego naprawdę pragnie, jest już nieosiągalne.


Kolejna ze świetnych książek Oates. Wątpię zresztą żeby ta pisarka stworzyła coś co nie będzie mi się podobało. Tak doskonale opowiada o meandrach ludzkich losów, że każde spotkanie z jej twórczością to wielka satysfakcja i sporo materiału do przemyśleń. Bardzo polecam.



niedziela, 11 września 2011

Sebastian Fitzek - "Klinika"



Czwarta książka Fitzka, którą dane mi było przeczytać i muszę przyznać, że trzyma facet poziom. Jest mistrzem budowania napięcia i takiego prowadzenia narracji, że wprost nie sposób się od jego książek oderwać.


Tym razem akcja toczy się w prywatnej klinice psychiatrycznej. Cierpiący na amnezję Caspar próbuje przypomnieć sobie kim jest i co ma z nim wspólnego mała dziewczynka, której twarz czasami staje mu przed oczami. Tymczasem świat na zewnątrz żyje sprawą groźnego Łamacza, który porywa młode kobiety, więzi je przez kilka dni, a kiedy zostają odnalezione nie sposób nawiązać z nimi kontaktu. Zupełnie tak jakby zostały uwięzione we własnych ciałach.

W pewną mroźną noc w klinice zaczynają dziać się dziwne i przerażające rzeczy i wszystko wskazuje na to, że to sprawka Łamacza... Oczywiście śnieżna zawierucha odcina od świata położoną i tak na uboczu klinikę i bohaterowie - czyli garstka pacjentów i kilka osób personelu - są zdani sami na siebie. W głowie Caspara pojawiają się strzępki wspomnień, mężczyzna nie wie jak je zinterpretować, zaczyna jednak zdawać sobie sprawę, że nie powinien ufać nikomu, a być może i sobie samemu. W klaustrofobicznej przestrzeni mrożące krew w żyłach wydarzenia następują po sobie coraz szybciej, a finał jest - jak to u Fitzka - zaskakujący i nieoczekiwany.


Nie ma co przesadzać i rozpływać się w zachwytach, ale w kategorii literatury czysto rozrywkowej Sebastian Fitzek naprawdę daje radę. Polecam:)


wtorek, 6 września 2011

Shulamit Lapid - "Gazeta lokalna"



Bardzo to jest miłe, gdy kupuję książki zupełnie na ślepo - bo akurat sprzedawca, od którego nabyłam coś na allegro ma w ofercie dziwnie brzmiący tytuł, bo cena zachęca, bo to z dobrego wydawnictwa albo po prostu "bo tak" - i okazuje się, że trafiam w ten sposób na coś bardzo fajnego. Tak właśnie było z tą książką. Shulamit Lapid - nazwisko to zupełnie nic mi nie mówiło, a szkoda.


"Gazeta lokalna" to kryminał, w dodatku izraelski, czyli wyróżniający się na tle kryminałów skandynawskich, które nas ostatnio atakują ze wszystkich stron. Nie żebym miała coś przeciwko Skandynawii, ale odmiana od czasu do czasu to miła rzecz:-)


Bohaterką "Gazety" jest Lizzie Badihi, przebojowa dziennikarka zawalona robotą, nazywająca samą siebie zwalistą krową o wielkich stopach, która oprócz problemów osobistych zmaga się także z zawodowymi. Głównym konkurentem Lizzie jest dziennikarz innej gazety - w obawie o to, by nie sprzątnął jej sprzed nosa interesującego tematu Lizzie bywa dosłownie wszędzie - na premierze absurdalnego przedstawienia, na bezwartościowych wykładach, na otwarciu galerii i na kolejnych przyjęciach lokalnej śmietanki towarzyskiej. Na jednym z takich przyjęć zostaje zamordowana żona gospodarza, a Lizzie oczywiście rozpoczyna prywatne dochodzenie.


Mniejsza o intrygę, ta trzyma się kupy i nie można jej nic zarzucić, ale to Lizzie podbiła moje serce od pierwszych stron powieści. To właśnie perypetie młodej dziennikarki i jej zwariowanej rodziny są siłą napędową "Gazety lokalnej". Dorzućcie do tego niezłe tempo akcji, zgrabne operowanie językiem i współczesny Izrael jako tło, a otrzymacie bardzo przyzwoitą książkę, którą przeczytacie z uśmiechem zadowolenia na twarzy.

Żałuję, że w Polsce ukazały się tylko dwie części przygód redaktor Badihi - po tę drugą na pewno wkrótce sięgnę. Polecam.