
Z Andrzejem Stasiukiem jest trochę jak z Głowackim - albo się go uwielbia, albo nie trawi. Sporo czasu minęło od mojego poprzedniego spotkania z jego twórczością, ale już sobie przypomniałam, ja Stasiuka bardzo, bardzo.
"Dziewięć" to trochę świat - krajobraz po bitwie. Jeszcze nie opadł pył przemian, a już trzeba sobie radzić. W postkomunistycznej rzeczywistości splatają się losy kilku bohaterów. Paweł, który nie może spłacić zaciągniętego długu i ma teraz na głowie gangsterów, zajmujący się ściąganiem haraczy dresiarz, dziewczyna zakochana w swoim szefie - to niektórzy z nich. Historia Pawła to tylko pretekst do opowiedzenia bajki o samotności, potrzebie przynależności do czegoś, do pogrzebania trochę w ludziach tak łatwo dających sobie przyzwolenie na skrócenie drogi do celu. Trochę kombinatorstwa tu, trochę jawnego oszustwa gdzie indziej, krótki flirt z przestępczością gdzieś po drodze.
To także opowieść o mieście i ludziach w nim żyjących. Warszawa w powieści Stasiuka nie jest tłem, jest jednym z bohaterów. To miejsce żyjące, w ciągłym ruchu. Stale ktoś tu czegoś szuka, za czymś biegnie, przed kimś ucieka. Tempo, tempo. Błysk białych adidasów, szelest plastikowych toreb, wieczny hałas tramwajów i gwar na dworcu.
Żywa jest też konstrukcja powieści. Stasiuk pisze co chwilę z innej perspektywy, nie zawsze od razu wiadomo, o której z postaci mowa, na koniec jednak wszystko się pięknie zazębia i z cichutkim "klik" poszczególne fragmenty układanki wskakują na swoje miejsce.
Tym, którzy prozę Stasiuka znają nie muszę go chyba zachwalać, a pozostałym radzę sprawdzić na własnej skórze czy znajdą się w obozie jego fanów czy wręcz przeciwnie.
Jeśli o mnie chodzi to Stasiuk jest dowodem na to, że mamy w Polsce naprawdę dobrych pisarzy.







