środa, 3 września 2014

Agatha Christie - "A.B.C."



Po długiej przerwie znów sięgnęłam po kryminały Agathy Christie - tyle ich jest, że mam na półce jeszcze całkiem sporo nieprzeczytanych.
Tym razem Herkules Poirot ma do rozwiązania sprawę zagadkowego, seryjnego mordercy. Wybiera on przypadkowe ofiary i zabija je w porządku alfabetycznym, a jego motywy pozostają dla detektywów prowadzących sprawę wielką niewiadomą.
"A.B.C." różni się trochę od książek z Poirotem, które już czytałam. Narratorem jest bowiem nie sam detektyw, a jego przyjaciel, który pomaga mu w rozwikłaniu zagadki i to z jego perspektywy obserwujemy śledztwo. Całkiem ciekawy zabieg, dzięki któremu możemy przyjrzeć się Poirotowi trochę z boku. A jest co obserwować, bo pan Poirot poza oczywistym talentem do rozwiązywania kryminalnych spraw jest wielce interesującą osobą. Trochę zakochany w sobie, próżny na tyle, by farbować siwe włosy i przekonany o własnej nieomylności - potrafi być naprawdę wkurzający, a jednocześnie jego zdolności budzą respekt otoczenia.
Poza tym Christie to Christie - jej książki zawsze czyta się błyskawicznie i z przyjemnością i nie inaczej było tym razem. Bardzo fajny, klimatyczny kryminał na jeden wieczór, czysta przyjemność lektury.

poniedziałek, 1 września 2014

Ignacy Karpowicz - "Ości"



Po długim urlopie trudno wraca się do codziennej rutyny, oj trudno. Sierpień mocno mnie rozleniwił. Przeczytałam tego lata kilka książek, w tym cykl o Harrym Potterze (jednak!), ale do pisania o wrażeniach z lektur "na świeżo" jakoś nie mogłam się zmotywować. 

Jeszcze w lipcu po raz pierwszy zetknęłam się z prozą Ignacego Karpowicza, mocno popularnego, a jednak dotąd jakoś mi to nazwisko umykało. Książka jak puzzle, w której losy kilkorga postaci żyjących współcześnie w dużym mieście przeplatają się ze sobą, a czasem tylko o siebie ocierają. Bohaterowie Karpowicza to niezły miks oryginałów i postaci wystających nieco ponad przyjętą normę. Mamy tu gejów, szczęśliwą - nieszczęśliwą mężatkę rozmawiającą z domową fretką, zaradnego biznesmena, ojca i męża, prowadzącego drugie życie jako drag queen. Wszyscy uwikłani w skomplikowane relacje, żyjący w podwójnych związkach, łaknący więcej i lepiej - budują nowe, ale wcale nie chcą rezygnować z tego co już mają. Nawet jeśli małżeństwo przechodzi kryzys to nie po to żeby się rozpaść, lecz by ostatecznie powiększyć rodzinę o kolejnych członków - kochanka żony i nową miłość męża.
Jest to więc powieść o więziach, ale i o stereotypach, uprzedzeniach, skłonności do etykietowania wszystkiego. I w tym kontekście Karpowicz przygląda się wzajemnym relacjom swoich bohaterów, którzy teoretycznie, tkwiąc w pułapce własnych uprzedzeń i przekonań, nie powinni się do siebie zbliżyć, a jednak to się dzieje. Niektórzy potrafią te uprzedzenia nazwać, inni postanawiają udawać, że nie widzą problemu i mimo tego świadomego zakłamania potrafią żyć szczęśliwie w nowej sytuacji.
Trochę nie przekonuje mnie łatwość życia nieprzeciętnych bohaterów "Ości", to, że geje nie spotykają się z chamskimi uwagami, a skomplikowane damsko męskie układy nie budzą podejrzanych spojrzeń sąsiadów. Może dlatego, że rzecz dzieje się w stolicy? To jednak jedyne co mi lekko zgrzytało.
Poza tym powieść czyta się świetnie, jest zabawna, czasem wzruszająca, napisana świeżym, ciekawym językiem. 
Jeszcze się spotkamy, panie Karpowicz.

środa, 16 lipca 2014

Joyce Carol Oates - "Tatulo"




W powieściach Joyce Carol Oates nie ma łatwych tematów. Zniewolenie, gwałt, śmierć kogoś bliskiego, poszukiwanie własnej tożsamości, z pewnością po książkach tej od lat typowanej na kandydatkę do literackiego Nobla pisarki, nie należy spodziewać się lekkiej i przyjemnej rozrywki. 
Tym razem pisze o pedofilii. Kilkuletni Robbie zostaje porwany na parkingu przed centrum handlowym, a jego matka prawie przypłaca życiem próby uratowania synka. Scena porwania zajmuje kilka pierwszych rozdziałów, w każdym opisywana jest z nieco szerszej perspektywy, a taki zabieg zmusza czytelnika do przeżywania tego wydarzenia za każdym razem od nowa, z zadziwiająco dojmującym poczuciem bezsilności. 
Robbie staje się łupem seryjnego mordercy i pedofila, społeczeństwu znanemu jako Chester,  kaznodzieja jednego z dziwacznych, amerykańskich Kościołów. Nie budzący niczyich podejrzeń Chester co jakiś czas objawia światu swojego nowego syna, za każdym razem mając sensowne wytłumaczenie nagłego pojawienia się w jego życiu kolejnego cztero czy pięciolatka.
Mały Robbie, brutalnie rozłączony z rodzicami, zostaje ofiarą Tatula (tak każe na siebie mówić porywacz). Jego wspomnienia mają ulec zatarciu, chłopiec ma uwierzyć, że rodzice go porzucili, a jego prawdziwym i jedynym rodzicem jest Chester, ten sam, który zadaje mu straszne, fizyczne i psychiczne tortury. Robbie staje się tresowanym zwierzątkiem Tatula, zaznając nie tylko seksualnego, brutalnego  wykorzystywania, ale i całej gamy innej przemocy, a jego młody umysł coraz mniej pamięta prawdziwych rodziców. 

Pomijając wstrząsające opisy losów Robbiego, w powieści Oates jest również kilka wspaniałych portretów psychologicznych. Pisarka doskonale oddaje cierpienie Dinah i Walta, rodziców chłopca, kochającej się i szczęśliwej pary, dla której to jedno wydarzenie staje się najważniejszym punktem w życiu i początkiem końca ich związku. Przez sześć lat próbują oswoić myśl o utracie synka, jednak oddalenie, mimo wspólnie przeżywanego bólu, jest nieuniknione. 
Fenomenalny portret dziecka, wyrwanego ze szczęśliwego, dobrego domu i zmuszonego do życia w rzeczywistości pełnej bólu i nieustannego strachu, ale i świetny obraz kochającej rodziny zniszczonej przez jedną, traumatyczną chwilę.
Choć ostatecznie Robbie zostaje uwolniony to Oates raczej nie pozostawia złudzeń - nie ma tu miejsca na szczęśliwe zakończenie. Dla chłopca jego rodzice to już obcy ludzie, a traumatyczne zdarzenia na zawsze wykrzywiły jego psychikę. 
Jedna chwila, jeden przypadek potrafią doszczętnie zniszczyć nam życie, a przetrwanie bywa po prostu niemożliwe.
Kolejna świetna odsłona twórczości Joyce Carol Oates.


poniedziałek, 7 lipca 2014

Jonathan Franzen - "Wolność"




Przygodę z Franzenem zaczęłam trochę naokoło - najpierw przeczytałam "Korekty", a dopiero potem sięgnęłam po "Wolność", która podobno zrobiła z pisarza gwiazdę, a na pewno przysporzyła mu oddanych fanów w Polsce.
Od razu powiem, że "Korekty" podobały mi się dużo bardziej, więcej w nich było lekkości i dowcipu, choć nie była to książka o niczym. 

W "Wolności" Franzen bierze pod lupę rodzinę Berglundów i opowiada nam jej losy na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Ona to Patty, zbuntowana córka zamożnych, poukładanych rodziców, najmniej udane z dzieci. Zamiast kariery naukowej czy artystycznej Patty wybiera sport - świetnie radzi sobie w uniwersyteckiej drużynie koszykówki, jednak pechowa kontuzja na zawsze przekreśla szanse dziewczyny na profesjonalną karierę sportową. 
On ma na imię Walter i jest zaradnym młodzieńcem z głową nabitą politycznymi ideałami, aktywnie działającym w obszarze szeroko pojętej ochrony środowiska.
Związek tej dwójki jest trochę przypadkowy. Patty godzi się na ślub z Walterem właściwie głównie dlatego, że została odtrącona przez jego przyjaciela Richarda, w którym się podkochuje. Decyduje się więc na stworzenie modelowej rodziny z facetem, który ją wielbi i ten model wydaje się sprawdzać przez lata. Do momentu, kiedy okazuje się, że na dłuższą metę nie da się udawać ideałów bez szkody dla zdrowia. 
Patty pogrąża się w piciu, depresji i bezsensownym romansiku z Richardem, Walter, niegdyś gotowy oddać życie za naturę, pracuje dla branży węglowej, dzieci dorosły i odcięły się od rodziców. W życiu Berglundów pojawia się także piękna kobieta, będąca z jednej strony szansą Waltera na spełnienie marzenia o romantycznej relacji, z drugiej - pretekstem dla Patty do wyrwania się z nudnego, okrzepłego związku.
Tytułowa wolność w powieści Franzena koncentruje się na wolności wyboru i konsekwencjach tych wyborów. Czy lepiej rzucić się w romans z mężczyzną, którego od lat darzy się uczuciem, czy spasować dla dobra rodziny? A może w ostatecznym rozrachunku okazuje się, że swoboda wyborów jest tak naprawdę pułapką, w której dobrowolnie się zamykamy?

Na plus jest wątek małżeński, z całą panoramą wzlotów, upadków, kłamstewek, przewinień i przywiązania. Na plus jest też drugi plan, z portretem Richarda, wiecznego chłopca niechętnego zobowiązaniom. Zasługują też na uwagę postaci dzieci Berglundów - początkowo mocno zbuntowanego chłopca, który ostatecznie okazuje się wierną kopią swoich rodziców i jego siostry, robiącej co możliwe by odciąć pępowinę, a jednak ciągle ściąganej w orbitę popapranych relacji swoich bliskich. 
Jonathan Franzen najwidoczniej chce pisać powieści trochę klasyczne, jak Irving czy Yates, nie eksperymentuje z formą ani językiem tylko rzetelnie opowiada swoją historię nie siląc się na zwięzłość. To wszystko sprawia, że jestem na tak, jestem w końcu fanką takiego wielostronicowego snucia opowieści. Podoba mi się, że na przykładzie jednej rodziny autor kreśli tak naprawdę obraz całego społeczeństwa.
Co mi natomiast nie odpowiada, to brak emocji. O ile w "Korektach" obchodzili mnie bohaterowie i ich losy, o tyle tym razem nic z tego. Są sobie, coś robią, coś mówią, bywają irytujący, ale na dłuższą metę nie interesowało mnie jak potoczą się ich losy. Mam pewne obawy, że taki po prostu jest styl Franzena, i że to co zachwyciło mnie przy pierwszym zetknięciu z jego prozą, przy każdym kolejnym będzie coraz bardziej nużące. 

Ostatecznie więc wydaje mi się, że "Wolność" może robić wrażenie na tych, dla których będzie to pierwsze spotkanie z autorem. Pozostałym lektura pewnie sprawi przyjemność, jednak raczej bez szczególnych zachtywów. 
Co do mnie, wrażenia są raczej letnie.

środa, 25 czerwca 2014

Laurent Gaude - "Huragan"



Kameralna i stonowana opowieść o wielkich emocjach, których tłem jest huragan Katrina. Kilkoro bohaterów, kilka trudnych historii. Samotna matka, nie potrafiąca kochać swojego synka. Stara Murzynka, która żyje dość długo, by pamiętać nienawiść białych do czarnych i która z upodobaniem jeździ miejskimi autobusami, tymi samymi, do których kilkadziesiąt lat wcześniej nie miała wstępu. Ksiądz, który co tydzień odwiedza miejscowe więzienie, by głosić słowo boże, tak naprawdę przesiąknięty obrzydzeniem i nienawiścią do "czarnuchów". I mężczyzna, którego dręczą wspomnienia strasznego wypadku na platformie wiertniczej, przez co nie jest w stanie normalnie żyć.
Na wieść o zbliżającym się do Nowego Orleanu huraganie postanawia natychmiast tam pojechać, by odszukać kobietę, którą kiedyś kochał.
Potężny żywioł nieubłaganie nadciąga, z jednych wydobywając to co najlepsze, dla innych stanowiąc usprawiedliwienie do popełniania najbardziej plugawych uczynków.

Gaude pisze bardzo prosto i oszczędnie, bez histerii. Taki styl doskonale sprawdza się w historiach jak ta, które mają taki ładunek emocji, że nie potrzebują już dodatkowych fajerwerków w postaci wydumanego języka.
Warto przeczytać.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Michał Witkowski - "Zbrodniarz i dziewczyna"



Zachwycona "Drwalem" niecierpliwie czekałam na kolejną powieść Michała Witkowskiego, spodziewając się poziomu co najmniej drwalowego, ale jednak się przeliczyłam.
"Drwal" obfitował w kapitalne spostrzeżenia dotyczące naszego tu i teraz, wyśmiewał wszystko i wszystkich, bardziej był powieścią obyczajową niż kryminałem, do tego napisaną potoczyście i lekko, czytało się to naprawdę fantastycznie.
 W "Zbrodniarzu i dziewczynie" Witkowski większą wagę przywiązuje do warstwy kryminalnej, ale z drugiej strony nie potrafi zrezygnować z tego, co dla niego charakterystyczne, czyli przede wszystkim ze swojego ulubionego tematu jakim jest Michał Witkowski. W "Drwalu" miało to urok, tym razem jest i wtórne, i, sama nie wiem, jakby wysilone. Tam czuło się dystans, który tutaj niby i jest, ale jakby podszyty fałszem, jakby udawany, jakby Michaśka - trochę obśmiewająca swoje literackie nagrody i samą siebie - przestała wierzyć, że to dobry temat do żartów. Ze "Zbrodniarza" dowiadujemy się, że Witkowskiego wszyscy czytają, wszyscy rozpoznają i wszyscy chcą znać. Ten samozachwyt jest tu niestety mocno wyczuwalny i wydaje się, że mimo prób prześmiewczego pisania o nim, autor podchodzi do sprawy bardzo serio i faktycznie sodówa trochę mu do głowy uderzyła.

Zaczyna się mimo wszystko zachęcająco - pisarz Witkowski, upojony sukcesami i upasiony trochę hedonistycznym trybem życia, a trochę antydepresantami, snuje się po Wrocławiu. Pomiędzy własnym mieszkaniem, siłownią, na której pod okiem trenera ma odzyskać formę i dawne kształty, a knajpą, gdzie poznaje Studencika, do którego od pierwszej chwili coś go przyciąga, najwyraźniej z wzajemnością. Studencik jednak pojawia się i znika, całymi dniami nie pokazuje się w knajpie, a Witkowski wysiaduje nad pieczoną kaczką i tęsknie wpatruje się w drzwi.
Tu romans krzyżuje się z kryminałem, dowiadujemy się, że po mieście grasuje seryjny morderca o specyficznych upodobaniach, przy okazji psychofan pisarza Witkowskiego (oczywiście), a Studencik przebywa w knajpie w celach wywiadowczych, pracuje bowiem w policji. Akcja nabiera rumieńców, autor/narrator zostaje współpracownikiem policji i u boku Studencika po pierwsze tropi mordercę, a po drugie pracuje nad rozwojem obiecującego romansu. Albo odwrotnie.

Co mi w tej książce zgrzytało? Poza samozachwytem autora, o którym już wspominałam i który wydaje się niestety bardzo serio, zupełnie nie jestem w stanie uwierzyć w obraz codzienności kreowanej przez Witkowskiego. Być może źle oceniam rodzimych stróżów prawa, ale jakoś nie kupuję wizji, w której policjant całkiem otwarcie romansuje z facetem i nie spotykają go z tego powodu żadne szykany ani durne przytyki. Rozbawiła mnie też scena, w której nieudolnie ogolona na łyso Michaśka zagaduje do lokalnych dresiarzy, a ci, rozpoznawszy w Misiu kolesia ze zgoła innej grupy społecznej, nie tylko nie spuszczają mu łomotu, ale jeszcze dobrotliwie rechoczą. Może się czepiam, ale. 

Witkowski jednak pozostaje Witkowskim, ma coraz bardziej rozpoznawalny styl, pisze świetnie, może to tylko moje za wysokie po "Drwalu" oczekiwania? Docenić trzeba poważne podejście autora do tematu kryminału. Pisząc o sekcjach zwłok w toku śledztwa, Witkowski wie o czym mówi, w ramach przygotowań do pracy sam asystował, a podobno i przeprowadzał sekcje zwłok. To jak pisze o rozkładzie ciała, o autopsji samej w sobie, wydaje się rzetelne i robi wrażenie - inna sprawa, że lubość, z jaką teraz opowiada o tym we wszystkich możliwych wywiadach, zdaje się mocno dyskusyjna.

Czekając na kolejną książkę Michała Witkowskiego trzymam kciuki, by poziomem bliższa była "Drwalowi" niż tej pozycji. A w międzyczasie śledzę jego poczynania blogerki modowej, w których prawdziwość nadal nie wierzę i liczę, wciąż liczę na to, że skrywają drugie dno.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Marek Niedźwiecki - "Radiota, czyli skąd się biorą Niedźwiedzie"




Z jednej strony wiedziałam, że muszę tę książkę mieć, z drugiej bałam się rozczarowania, w końcu poprzednia książka Niedźwiedzia ukazała się całkiem niedawno. Bałam się wałkowania od nowa tych samych anegdot, opowiadania historii, które już znamy. 
I wprawdzie część historii faktycznie się powtarza, ale jest tu też wiele nowego, są też kolorowe fotografie, których zabrakło w poprzedniej książce, dzięki temu czyta się to z przyjemnością i bez cienia nudy.
"Radiota" to opowieść o tym jak nieśmiały chłopiec z prowincjonalnego Szadku wymarzył sobie pracę w radiu, w dodatku bardzo konkretnym, jak do tego powoli, acz uparcie dążył i jak osiągnął cel wtedy, kiedy już wydawało się, że jest na to zwyczajnie za stary. Obraz człowieka trochę naiwnego, "fafuły" jak sam o sobie mówi. A jednak w tym cichym, spokojnym Marku jest wielka siła, a raz obrany cel determinuje całe jego życie. Bardzo świadomy jest wybór, by poświęcić rodzinę na rzecz pracy. Po prostu - miłość do radia i zaangażowanie w pracę nie miały nigdy szans konkurować z tak zwaną szarą codziennością, a wizja posiadania żony i dzieci nie była w stanie przyćmić opowiadania o muzyce na antenie Trójki. 
Po tej lekturze jest jasne, że oswojona samotność Marka Niedźwieckiego nie jest złem koniecznym tylko naprawdę świadomym wyborem i jeśli jeszcze ktokolwiek miał co do tego wątpliwości, to "Radiota" raczej skutecznie je rozwieje.
Jest tu też sporo o podróżach i o miłości do Australii, a przede wszystkim o uwielbieniu dla muzyki, która wraz z radiem definiuje sedno życia autora. 
Nad wszystkim unosi się chmurka nostalgii za tym co minęło, za czasami, gdy życie płynęło wolniej, gdy z słuchaczami nie było kontaktu innego niż listowny, a przywożone z zagranicy płyty były prawdziwymi rarytasami. 
Dziś świat wygląda trochę inaczej, żyjemy w globalnej wiosce, możemy jechać gdzie chcemy i kupić co chcemy, często bez wychodzenia z domu. Niedźwiecki to wie i rozumie, ale gdzieś pod spodem wyczuwam w nim tęsknotę za dawnymi czasami.

Bardzo fajna książka, lekko napisana, przyjemna w odbiorze, ciekawa.