piątek, 24 sierpnia 2012

Richard Yates - "Miasteczko Cold Spring Harbor"



Lubię książki Yates'a, pisane prostym językiem, czyta się to szybko i bez zgrzytów, a do tego zawsze dotykają życia na tyle wiarygodnie, że kupuję fabułę natychmiast.

Notka na okładce "Miasteczka Cold Spring Harbor" głosi, że to historia życia Evana. Z tym się zgodzić nie mogę - moim zdaniem to pierwsza książka Yates'a, w której nie ma jednoznacznie głównego bohatera i może dlatego najsłabsza. 
Jest to, w gruncie rzeczy jak zawsze u tego pisarza, opowieść o zmarnowanych nadziejach, nudnym, nijakim życiu i marzeniach pogrzebanych zanim jeszcze miały szansę stać się rzeczywistością.
Młody Evan, szkolny chuligan, którego największą pasją są samochody, żeni się, kiedy jego dziewczyna zachodzi w przypadkową ciążę. Małżeństwo (oczywiście) prędko się kończy, ale Evan szybko wikła się w kolejny związek, z dziewczyną poznaną w dość specyficznych okolicznościach. Nowy związek nie jest jednak dla Evana świadomie wybraną drogą, lecz raczej czymś, w co wpadł jakby mimochodem i co z automatu przekreśla jego marzenia o studiowaniu i samorozwoju. Przystojny, wygadany chłopak ląduje na marnej posadce, mieszka z teściową i szwagrem, wdaje się w romans z byłą żoną i generalnie wiedzie życie prowadzące donikąd. 

Tłem tej smutnej opowiastki są malownicze lata 40 - te, znerwicowane kobiety pijące zbyt dużo alkoholu i wyzierające ze wszystkich kątów widmo porażki. 

Czytałam już o niebo lepsze powieści Yates'a, "Miasteczko" traktuję jako wprawkę, rzecz czysto rozrywkową. Nie dostarcza zbyt wiele materiału do przemyśleń, ale i nie sprawia dotkliwej przykrości. Warto, lecz nie polecam zaczynać od tej książki znajomości z prozą Yates'a.

niedziela, 22 lipca 2012

Gregory David Roberts - "Shantaram"




Szukałam czytadła, które by mnie wciągnęło i proszę - wreszcie znalazłam. Uściślę jednak od razu - jeśli ta książka jest czytadłem to z górnej półki.

Australijczyk Lin, niegdyś pisarz, potem heroinista, wreszcie zbieg z nieźle strzeżonego więzienia, uciekając przed wymiarem sprawiedliwości trafia do Indii. Fałszywy paszport, zerwane więzi, brak możliwości powrotu do rodzinnego kraju. Bombaj, mający być chwilowym schronieniem, od pierwszych chwil kradnie serce Lina i staje się jego domem na kilka lat. Na drodze bohatera pojawiają się przypadkowi ludzie, dzięki którym całe jego życie zyskuje sens. Świat Lina nie jest jednak miejscem spokojnej medytacji. To świat szemranych interesów, współpracy z mafią, pobytów w więzieniu i przepełnionych slumsów, które dają mu schronienie, przyjaźń i bezinteresowną miłość.
Uderzające jest to, jak bardzo Lin wsiąka w Bombaj - dzieje się to właściwie od pierwszych chwil po wyjściu z samolotu - i jak od razu oddaje miastu swoje serce.

"Shantaram" nazwałabym powieścią awanturniczą, zapisem bardzo barwnego życia. Tym, co odróżnia ją od innych książek z cyklu rzucił-wszystko-i-zamieszkał-w-odległym-kraju jest po pierwsze tło tego rzucenia, w tym przypadku wymuszone przez okoliczności, no i sam Bombaj został wybrany chyba nieco na ślepo. Po drugie nie ma tu całej tej wielce uduchowionej otoczki, której po prostu nie trawię - w "Shantaram" jasne jest od początku, że bohater raczej ucieka przed sprawiedliwością niż próbuje zgłębiać pokłady swej duchowości. A że ta ucieczka generuje kolejne przygody i wpędza go w inne kłopoty, to już inna sprawa.

Najciekawsze jest to, że autor oparł fabułę na własnych doświadczeniach. Oczywiście nie wiemy na ile zazębia się ona z rzeczywistością, ponieważ jednak dość często w trakcie lektury dopadała mnie myśl "no nie, to mało prawdopodobne", jestem skłonna uwierzyć, że Roberts spisał po prostu wszystko jeden do jednego. Nie od dziś wiadomo, że rzeczy teoretycznie najmniej możliwe, okazują się stuprocentową prawdą.

Książkę czyta się bardzo dobrze, są momenty, kiedy naprawdę solidnie wciąga. Dla mnie największym hitem są dialogi Lina z Prabakerem, z powodu angielszczyzny tego ostatniego tak absurdalnie zabawne, że nie sposób się głośno nie śmiać. Nie da się jednak ukryć, że Roberts wielkim pisarzem nie jest i kompletnie wykłada się na momentach, kiedy opisuje swoją ukochaną - peany na cześć jej ust przypominających płatki róż są po prostu kiczowate i boleśnie słabe. 
Niemniej "Shantaram" oceniam całkiem wysoko, a już na pewno taki opis Indii przemawia do mnie o wiele bardziej niż uduchowione zachwyty z bestsellerów typu "Jedz, módl się, kochaj".
W powieści Robertsa ujmuje mnie jego zachwyt codziennym życiem Bombaju i nie tylko wierzę autorowi, że w slumsach odnalazł spokój i szczęście, ale i trochę mu zazdroszczę i może sama bym tak chciała…?

Wierzę, że dla niektórych "Shantaram" jest powieścią kultową. Jeśli o mnie chodzi dostarczyła mi porządnej rozrywki na dobrym poziomie i jako bardzo dobre czytadło mogę ją z czystym sumieniem polecić.


niedziela, 1 lipca 2012

John Updike - "Uciekaj, Króliku"


Tyle jest książek, które już przeczytałam, a do których chciałabym wrócić. Ale czas. Czas ucieka, czas się kurczy jakoś podstępnie i niepostrzeżenie, a przy tym lista książek "do przeczytania" i kolejne stosiki rosną wciąż i wciąż, i jakoś szkoda dni na powroty do tego, co już znane.
No ale Updike to Updike, zasługuje na specjalne względy. Updike'a uwielbiam od zawsze, a cykl o Króliku to było moje pierwsze zetknięcie z twórczością tego pisarza. Zaowocowało dozgonną miłością, co tu dużo mówić, a mój powrót do przygód Królika po tylu latach tylko to potwierdza.

Harry Angstrom, od czasów liceum zwany Królikiem, niegdyś był dobrze zapowiadającą się gwiazdą szkolnej drużyny koszykówki. Świetny start zakończył się jednak przeciętnym lądowaniem i oto Harry finiszuje jako akwizytor w domu towarowym, obarczony nieciekawą żoną, małym dzieckiem i ciasnym domkiem na smętnym przedmieściu nie za dużej mieściny. Słowem - średnio się Królikowi w życiu powiodło. Punktem wyjścia dla powieści jest moment, kiedy i Harry dochodzi do tego samego wniosku i gdzieś między swoim nędznym mieszkaniem, a domem teściów, z którego ma odebrać syna, postanawia zdezerterować i rozpocząć nowe życie. Początkowo zuchwały, szybko traci rozpęd i mimo śmiałych planów nie ma dość sił, by wyjechać z rodzinnego miasta. Wiąże się z przypadkowo poznaną kobietą, rzuca pracę i  wciela w życie plan, na który wszyscy nieraz mamy dziką chęć - mieć wszystko gdzieś i niczym się nie przejmować.
Sprawa nie jest jednak taka prosta. Królik ma bowiem zobowiązania. Ktoś musi się zająć jego antypatyczną żoną w zaawansowanej ciąży, małym synkiem i utrzymaniem domu. W dodatku szybko okazuje się, że Ruth, nowa znajoma Królika, też oczekuje zaangażowania. Usiłujący uciec od wszystkiego, co kojarzy się z obowiązkiem, Harry sam stawia się w sytuacjach, które go z tym obowiązkiem konfrontują. Ma mgliste wyobrażenia na temat wolności, jest jednak zbyt słaby, by o nią zawalczyć. 
Z frazesem przygotowanym na każdą okazję Harry miota się między żoną, kochanką i własnym sumieniem, w rezultacie krzywdząc każdego kto chce się do niego zbliżyć.

Angstrom to bez wątpienia wybitnie irytująca postać - uciekająca, migająca się od odpowiedzialności, nie do końca wiedząca czego chce. Przyznać jednak trzeba, że i jego żona nie jest wiele lepsza i w zasadzie jej osobowość usprawiedliwia do pewnego stopnia działania Królika. 
Najbardziej wkurzające jest w bohaterze to, że nie dojrzewa. Dramatyczne wydarzenia, których jest częścią, nie prowokują go do przemyśleń nad swoim życiem. I nawet kiedy wydaje się, że to już ten moment, że wreszcie coś zrozumiał, kiedy czytelnik już prawie jest dumny z postępów jakie poczynił Harry, ten wykonuje spektakularny w tył zwrot i po raz kolejny robi to, co wychodzi mu najlepiej - ucieka.

Uwielbiam styl Updike'a, pełen ironicznych spostrzeżeń i zjadliwego humoru, uwielbiam jego pokręconych bohaterów - tu prym wiedzie Królik, ale jest też fantastyczna, drugoplanowa postać pastora, próbującego wyprowadzić Harry'ego na prostą. 
Powrót do tej lektury sprawił mi wiele radości i z przyjemnością przypomnę sobie pozostałe części przygód Królika. 
Polecam:)

środa, 13 czerwca 2012

Bill Bass, Jon Jefferson - "Trupia farma"



Blog mi kurzem zarasta, ale tyle się ostatnio działo,  dobrego i złego, że książki jakoś zeszły na drugi plan. Idzie jednak ku dobremu - mniej stresów, lepszy nastrój i chęć na nowe lektury. Będzie dobrze:)

Szok i odraza to uczucia, które towarzyszą chyba każdemu kto pierwszy raz zetknie się z wiedzą o istnieniu trupiej farmy. Jednym pewnie tak już zostaje, u innych przeradza się  w fascynację - ja należę do tych drugich. 
Na terenie należącym do Uniwersytetu Tennessee leżą ludzkie zwłoki w różnych stadiach rozkładu. Część z nich zakopano, część ułożono po prostu na trawie, inne umieszczono we wrakach samochodów albo w błocie. Badania nad tempem i przebiegiem rozkładu zwłok w zależności od tego gdzie i jak długo spoczywają są kluczowe dla rozwiązania zagadek wielu zbrodni, których sprawcy bez tego być może nigdy nie zostaliby ujęci.
Jak doszło do powstania najbardziej znanego Ośrodka Antropologii Sądowej, co kierowało jego założycielem i jak przez lata rozrastała się trupia farma - o tym wszystkim pisze jej twórca.

Książka ta jest fascynująca nie tylko dlatego, że Bass opowiada o konkretnych sprawach, w rozwiązaniu których pomagał. Historia życia samego autora jest tu równie ważna i choć stanowi tylko tło dla opowieści o farmie, to jest tak samo interesująca jak kolejne kryminalne zagadki.
Mimo poważnego tematu rzecz napisana jest lekko i dobrze się czyta. Szkoda tylko, że w książce zabrakło zdjęć - na szczęście w internecie można znaleźć sporo filmów dokumentalnych ilustrujących działalność Ośrodka.
Polecam:)


wtorek, 24 kwietnia 2012

Eduardo Mendoza - "Wyspa niesłychana"


Nie mam ostatnio siły ani ochoty na czytanie i pisanie. Czytam wprawdzie kilka książek naraz, ale wszystkie jakoś niemrawo, a i do napisania o tych, które już skończyłam nie mogę się zabrać. Nie wiem czy to wiosenne przesilenie czy po prostu zbyt dużo pracy, ale  od pewnego czasu trudno mi się skupić na lekturze. Mam nadzieję, że to stan przejściowy, który wkrótce minie.

Eduardo Mendoza to autor, który kojarzy się z szalonymi, absurdalnymi książkami, jak choćby absolutnie zwariowana "Przygoda fryzjera damskiego". Warto wiedzieć, że pisarz ma w swoim dorobku także sporo znacznie poważniejszych powieści. Moim zdaniem Mendoza, poważny czy zabawny, zawsze trzyma poziom - przynajmniej w przypadku tych jego książek, które dane mi było przeczytać.

"Wyspa niesłychana" to historia Fabregasa - dobrze sytuowanego mężczyzny, który pewnego dnia postanawia rzucić wszystko w diabły. Zostawia swoją firmę, pieczę nad interesami powierza adwokatowi, a sam pakuje walizki i zamienia rodzinną Barcelonę na Wenecję. 
Można by pomyśleć, że za takim krokiem coś się kryje, tymczasem nic z tego. Wenecja to dla Fabregasa miasto jak każde inne. Jej historia, zabytki czy mieszkańcy kompletnie go nie interesują. Mężczyzna spędza całe dnie w hotelowym pokoju, a kiedy już decyduje się pospacerować po mieście, jest zupełnie ślepy na jego urok.
Wszystko zmienia się gdy Fabregas poznaje tajemniczą kobietę, wenecjankę, która postanawia pokazać mu miasto od strony niedostępnej dla przeciętnego turysty. Maria Clara wzbudza w bohaterze fascynację rosnącą tym bardziej, im bardziej staje się jasne, że nie oczekuje od Fabregasa absolutnie niczego.

Gdybym miała wymienić najbardziej charakterystyczną cechę tej powieści, powiedziałabym, że jest nią niesamowicie wolne tempo. Przy czym nie oznacza to nudy, a raczej atmosferę przypominającą coś na kształt leniwego, trwającego godzinami snu. Nie umiem natomiast powiedzieć o czym jest ta książka. Jak na portret człowieka poszukującego siebie, zdecydowanie za mało tu przemyśleń głównego bohatera. Poznajemy Fabregasa obserwując jego, czasami bardzo dziwne, poczynania w Wenecji, nie wiemy natomiast co on sam o nich myśli. Nie jest też jasne, czy położenie, w którym ostatecznie znajduje się bohater jest dla niego szczęśliwym zakończeniem czy może kolejnym bagażem, który za chwilę zechce porzucić. 

Mam wobec tej książki mieszane uczucia - z jednej strony doceniam kunszt pisarski Mendozy, który naprawdę wie jak posługiwać się słowem, z drugiej zaś brakuje mi głębszego portretu psychologicznego Fabregasa i wyjaśnienia kierujących nim  motywów. 
Owszem, podobała mi się ta powieść, ale równocześnie mam wrażenie, że to najsłabsza z książek Mendozy, które dotąd przeczytałam.

środa, 11 kwietnia 2012

Urszula Dudziak - "Wyśpiewam wam wszystko"


Choć bardzo lubię jazz nie przepadam za formą tej muzyki prezentowaną przez Urszulę Dudziak. Sama artystka wydaje mi się natomiast bardzo interesującą osobą, lubię słuchać jej wypowiedzi, lubię na nią patrzeć - bije z tej kobiety jakaś pogoda ducha i pozytywna energia.


Książka "Wyśpiewam wam wszystko" to nie tyle autobiografia, co raczej zbiór wspomnień, anegdot, historyjek czasem zabawnych, a czasem poważnych - jak na przykład wtedy gdy wokalistka opowiada o zabiegu mastektomii, któremu musiała się poddać.

Są tu opowieści o początkach muzycznej kariery, o graniu "do kotleta" w gościnnej Szwecji, o początkach życia w Nowym Jorku, w małym mieszkaniu z karaluchami w roli współlokatorów. Autorka wspomina także swoje małżeńskie problemy i wielką miłość do Jerzego Kosińskiego. Prawdę mówiąc z tego ostatniego wątku mogłaby stworzyć osobną książkę - ilekroć opowiada o Kosińskim, nie tylko w tej publikacji, robi to tak pięknie, że naprawdę chwyta za serce. Jakiż to był związek! Ta relacja wybijającej się wokalistki z nieco zapomnianym pisarzem jest naprawdę fascynująca i widać, że dla Urszuli Dudziak najważniejsza, na całe życie.

W "Wyśpiewam wam wszystko" znajdziemy i inne znane nazwiska, w końcu Dudziak rzeczywiście miała okazję pracować z wybitnymi twórcami jazzu. Bardzo smakowite są te historyjki, szczególnie dla kogoś kto takiej muzyki słucha.


Książka jest bardzo ładnie wydana, na dobrym papierze, z mnóstwem zdjęć i dopracowana graficznie. Każdy z krótkich rodziałów rozpoczyna się od tytułu jakiejś piosenki - a gdy się je kojarzy to widać, że faktycznie pięknie komponują się z treścią poszczególnych wspomnień. Szkoda, że do książki nie dołączono płyty z tą muzyką, choć z drugiej strony i bez tego jest to pozycja dość droga.

Polecam (nie tylko wielbicielom muzyki Urszuli Dudziak) tę przyjemnie napisaną opowieść o barwnym życiu interesującej kobiety.


poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Austin Wright - "Tony i Susan"


Choć okładkowy slogan obwieszczający, że książka Austina Wrighta to "zapomniane arcydzieło literatury" podziałał na mnie jak płachta na byka, to jednak się przemogłam i kupiłam tę chwaloną wszędzie powieść.

Z tym arcydziełem to moim zdaniem przesada, ale na pewno jest to książka dobra, przemyślnie skonstruowana, świetnie napisana i bardzo wciągająca.

Autor stosuje tu zabieg, który bardzo lubię, czyli pisze powieść w powieści. Tytułowy Tony jest fikcyjną postacią, bohaterem literackiego debiutu byłego męża Susan Morrow, z którym to utworem kobieta ma się zapoznać na prośbę swojego eks.

Od momentu rozpoczęcia przez Susan lektury akcja toczy się na dwóch płaszczyznach - pierwsza to sama powieść o intrygującym tytule "Nocne zwierzęta", drugą stanowią wywołane lekturą przemyślenia Susan.


Bohater "Nocnych zwierząt" to zwykły człowiek, profesor matematyki, mąż, ojciec, niezbyt interesujący i jako mężczyzna, i jako osoba.

W drodze na wakacje na Tony'ego i jego rodzinę napada trzech mężczyzn. Początkowo absurdalna sytuacja z każdą chwilą nabrzmiewa grozą, by wreszcie doprowadzić do brutalnej zbrodni, która na zawsze odmieni życie bohatera. Po okresie żałoby mężczyzną zawładnie pragnienie zemsty - czy jednak wystarczy mu zapału, by wcielić myśli w czyn?

Tony to jedna z tych irytujących postaci, które dużo myślą i mówią, a mało robią. Z jednej strony pragnie krwawego pomszczenia swej rodziny, z drugiej niewiele robi, gdy ma ku temu okazję. Jest bierny - raczej będzie stał z boku czekając aż ktoś inny zawalczy w jego imieniu niż sam wymierzy sprawiedliwość. Co musi się wydarzyć, by Tony przekroczył granicę, którą wyznacza mu jego nudna osobowość i jak daleko się wtedy posunie?


Trzeba przyznać, że "Nocne zwierzęta" to świetna lektura. Wciąga i trzyma w napięciu od początku do końca.

Ale i druga warstwa powieści Austina Wrighta daje radę. Przemyślenia Susan na temat jej życia są równie interesujące co wymyślone losy Tony'ego. Lektura "Nocnych zwierząt" to dla Susan pretekst do zastanowienia się nad dawnymi wyborami, do postawienia pytań, na które kobieta boi się odpowiedzieć, wreszcie do konfrontacji z teraźniejszością, która nie jest wcale taka różowa, jak Susan chciałaby wierzyć.


Książka Wrighta jest więc trochę opowieścią o bezsensownym okrucieństwie i zemście, a trochę o naturze związków międzyludzkich, małżeństwie, o wyborach i ich konsekwencjach.

Jest to rzecz bardzo dobrze i przystępnie napisana, czyta się szybko i z łatwością i naprawdę bardzo, bardzo wciąga. Polecam.